“Życie w Chinach uczy, że nie wszystko z kultury zachodniej jest oczywiste”

Bund w Szanghaju, ikoniczna promenada nad rzeką Huangpu (© archiwum prywatne)

W ostatnim czasie na Instagramie czy TikToku pełno jest wiralowych rolek influencerów podróżujących po Chinach i zachwycających się futurystycznymi miastami, architektonicznymi bajerami, jak pociąg wjeżdżający w ścianę budynku w Chongqing, czy kulinarnymi doznaniami. Z drugiej strony to wciąż autorytarny kraj, gdzie wszystkie aspekty życia publicznego są kontrolowane przez jedną partię. Jak się żyje we współczesnych Chinach i czym mogą zaskoczyć? O aplikacjach dla rodziców szukających partnerów swoim dzieciom, brutalnych chińskich realiach randkowych, inwigilacji i cenzurze czy zjawisku “syna/córki na pełen etat” rozmawialiśmy z Polką, która mieszka na stałe w Chinach.

Szanghaj uchodzi za najbardziej kosmopolityczne miasto Chin – symbol nowoczesności i globalnych aspiracji Państwa Środka. Właśnie tam spotkaliśmy się z Weroniką Truszczyńską, sinolożką, współautorką książki “Chiny jednego dziecka” i współtwórczynią podcastu “Mao Powiedziane”. Od dekady mieszka w Chinach, gdzie prowadzi własną firmę i na co dzień obserwuje zmiany zachodzące w chińskim społeczeństwie. W rozmowie opowiada, jak wygląda codzienne życie cudzoziemca w jednym z najbardziej kontrolowanych, a zarazem fascynujących krajów świata.

Z Weroniką Truszczyńską w najbardziej znanej sieci restauracji hot pot w Szanghaju (© Artur Bugała) 

Julia Zalewska-Biziuk: Przyjeżdżając do Szanghaju nastawialiśmy się, że będzie to międzynarodowa metropolia. Zaskoczyło nas, jak mało jest tu obcokrajowców.

Weronika Truszczyńska: Chińskie metropolie, w tym Szanghaj, tracą swój międzynarodowy charakter. Dużo osób wyjechało w trakcie pandemii. Ludzie się zawiedli tym, jak przeprowadzony został bardzo restrykcyjny lockdown. Wszystko było całkowicie zamknięte. Oczywiście nie ma co się oszukiwać, tu cudów nigdy nie było i raczej było mało obcokrajowców. W 2020 roku w spisie ludności wyszło, że w całych Chinach mieszkało na stałe około 850 tysięcy cudzoziemców. To mniej więcej 0,1 procent całej populacji kraju. Dla porównania imigranci stanowią od kilku do kilkunastu procent populacji Niemiec, Francji czy USA.

JZB: Jaki jest stosunek mieszkańców Chin do imigrantów?

WT: Szanghajczycy na ogół mają przyjazne nastawienie do obcokrajowców. Być może wynika to z faktu, że cudzoziemców w Chinach jest po prostu bardzo mało. W krajach, gdzie przyjezdnych jest dużo, może pojawić się niechęć wobec nich, bo konkurują o miejsca pracy, przestrzeń i zasoby. W Chinach nigdy nie będzie tak dużej liczby obcokrajowców – żeby ten efekt wystąpił musiałoby przyjechać około 300 milionów ludzi, co jest praktycznie niemożliwe. Nawet jeśli zamieszkałoby tu 10-20 milionów osób, wciąż byłoby ich stosunkowo niewielu w skali całego kraju. Większość obcokrajowców w Chinach pochodzi z pobliskich krajów – Mjanmy, Korei Południowej, Japonii, Wietnamu, więc często nie wyróżniają się na ulicy. Można to łatwo zauważyć np. w biurach imigracyjnych: w sali z kilkudziesięcioma osobami składającymi dokumenty wizowe, zazwyczaj maksymalnie kilka to osoby o obcych rysach twarzy.

Artur Bugała: A z drugiej strony, czy dużo Chińczyków wyjeżdża za granicę?

WT: Około 10 procent mieszkańców Chin ma wyrobiony paszport. Często jest tak, że ludzie wyrabiają wszystko naraz, czyli zezwolenie na wjazd do Hongkongu i Makao, a paszport tak przy okazji. I jadą do Hongkongu, a paszport wkładają do szuflady. Znam takich ludzi, którzy po raz pierwszy pojechali za granicę siedem lat po tym, jak wyrobili paszport. Na przykład pojechali do Hongkongu, a siedem lat później do Tajlandii. Jednak tak naprawdę mało jest tu ludzi, którzy rzeczywiście byli za granicą. Myślę, że mniej niż 10 procent. Jak byśmy wyłączyli Makao i Hongkong, to jeszcze mniej.

JZB: Przechodząc do tematu Twojego życia w Państwie Środka, czy od początku swojego przyjazdu wiedziałaś, że będziesz mieszkać w Chinach tak długo?

WT: Na początku zakładałam, że będę tutaj pięć lat. Studia licencjackie w Chinach trwają cztery lata, a magisterskie – trzy. Jak ja tu przyjeżdżałam na studia licencjackie to nie miałam takich planów, że pójdę na magisterkę od razu, ale trochę pandemia mnie przetrzymała. Gdy wybuchł Covid-19 stanęłam przed decyzją, że albo wracam do Polski, albo zostaję w Chinach. No i padło na Chiny. Skończyłam tu magisterkę z nauki o współczesnych Chinach. Mam jeszcze dyplom z sinologii. I co możesz po tym robić w życiu? W Polsce nie ma zbyt wiele pracy dla sinologów. Po pandemii i studiach założyłam firmę w Szanghaju, która całkiem dobrze sobie radzi. Zajmuję się tłumaczeniami, oprowadzaniem klientów po fabrykach czy targach. Jestem też pilotką wycieczek. Najczęściej są one objazdowe po takich miastach jak Pekin, Xi’an czy Szanghaj.

Weronika Truszczyńska przed Bramą Niebiańskiego Spokoju w Pekinie (© archiwum prywatne)

AB: Po 10 latach mieszkania w Chinach otrzymałaś już prawo stałego pobytu?

WT: Chińskie przepisy wizowe są bardzo restrykcyjne. Czasem w internecie widzę komentarze, że na pewno mi płacą za mówienie dobrze o Chinach. I zawsze się wtedy uśmiecham – gdyby ktoś tutaj naprawdę chciał mi cokolwiek dać za to, co robię, już dawno miałabym zieloną kartę. Dzięki moim materiałom wiele osób zaczęło studiować sinologię albo przyjechało do Chin zobaczyć, że to nie szary, smutny, komunistyczny kraj.

Oczywiście, że chciałabym dostać zieloną kartę – daje ona prawo stałego pobytu w Chinach oraz pełną swobodę pracy, bez konieczności uzyskiwania pozwoleń. Z taką kartą mogłabym zatrudnić się gdziekolwiek – nawet w sklepie – bez dodatkowych formalności. Znam obcokrajowców, którym się udało, zazwyczaj tym, którzy zarabiają bardzo dobrze. Na przykład mój znajomy pilot dostał zieloną kartę w kilka miesięcy. Ja pewnie będę musiała jeszcze poczekać pięć-sześć lat, zanim w ogóle będę mogła się o nią ubiegać i liczyć na pozytywne rozpatrzenie wniosku. Te wizy dostają osoby zatrudnione na wysokich stanowiskach w zagranicznych firmach, zarabiające bardzo dużo.

Mając własne przedsiębiorstwo, nie otrzymuje się prawa stałego pobytu. Każdy może sobie założyć tu firmę, ale ona ci nic nie daje. Żeby móc pracować w swojej firmie trzeba się tam najpierw zatrudnić, a żeby dostać pozwolenie na pracę są osobne wymagania i trochę się to komplikuje. Udało mi się po latach założyć firmę i kosztowało mnie to bardzo dużo stresu i pieniędzy. Dziś jestem tu na wizie pracowniczej, którą muszę co roku przedłużać.

JZB: Według większości rankingów, Szanghaj to jedno z najdroższych miast na świecie, jeśli chodzi o ceny mieszkań. Gdzie mieszkasz?

WT: W Chinach mieszkania są bardzo drogie, głównie dlatego, że przy tak ogromnej liczbie ludności podaż nie nadąża za popytem. Dochodzi do tego jeszcze kwestia społecznego obowiązku – w chińskiej kulturze nie wypada wziąć ślubu bez własnego mieszkania. Dla wielu rodzin to absolutna konieczność. Dlatego zwykle całe rodziny składają się na zakup lokum dla syna – czasem nawet siostra dokłada się do mieszkania brata.

Kiedy się tu wprowadziłam, nie miałam pojęcia o tych cenach. Myślałam, że może kiedyś kupię sobie coś podobnego. Później okazało się, że mieszkanie wielkości 60-70 metrów kwadratowych (gdzie rozmiar lokum podaje się wliczając korytarz i części wspólne) w ścisłym centrum kosztuje ponad pięć milionów złotych. Co więcej, to nie jest tak, że mieszkanie kupuje się na zawsze, tylko wykupuje się prawo do użytkowania na 70 lat. Dochodzi też kwestia tego, że obcokrajowiec nie może kupić mieszkania na kredyt tylko trzeba za całość zapłacić od razu.

Ja obecnie wynajmuję mieszkanie, ale przymierzam się do kupna domu. Myślałam o mieście Dali, które znajduje się około dwóch tysięcy kilometrów stąd w południowo-zachodnich Chinach. Tam są góry i małe miejscowości, a ceny domów wynoszą około pół miliona złotych, więc koszty są nieporównywalnie niższe w porównaniu do Szanghaju. Posiadanie nieruchomości jest też warunkiem do otrzymania zielonej karty.

AB: Czy są jeszcze jakieś sposoby na otrzymanie zielonej karty?

WT: Jest niewiele ścieżek. Można zrobić doktorat – gdziekolwiek i jakikolwiek – i przyjechać do pracy do Chin. Można też wejść w związek małżeński z obywatelem Chin. Wówczas, po pięciu latach mieszkania tu, taka karta zostanie ci przyznana. Sprawę komplikuje jednak fakt, że na wizie małżeńskiej nie można pracować. Więc jeżeli przykładowo Polak bez skończonych studiów weźmie ślub z Chinką i przyjedzie do Chin, to żona będzie musiała go utrzymywać. Można też – jak wcześniej wspominałam – kupić nieruchomość i odprowadzać wysokie podatki. Najgorsze jest to, że zagraniczni studenci, którzy ukończyli tu studia, muszą zaczynać od zera. Fakt, że byłam tu osiem lat na wizie studenckiej nie ma żadnego znaczenia. Muszę teraz od zera budować tutaj swoją obecność jako osoba pracująca.

JZB: Ciekawi mnie również kwestia z kim utrzymujesz kontakt w Chinach? Z miejscowymi czy obcokrajowcami?

WT: Mam bardzo dużo znajomych z Chin. Problem z zawieraniem znajomości z obcokrajowcami jest taki, że jak się z nimi zaprzyjaźnisz, to będziesz co trzy lata musiał poznawać nowe osoby, bo ludzie stąd wyjeżdżają.

JZB: Młodsi pewnie są bardziej otwarci na kontakty z obcokrajowcami?

WT: Właśnie nie. Osoby młode są bardziej nastawione nacjonalistycznie. One dorastały już w tych “wielkich Chinach”, mocarstwie. To 30- czy 40-latkowie są bardziej otwarci na Zachód. Osoby wychowane w latach 90. czy 2000. dorastały na japońskich kreskówkach, amerykańskich filmach i tak dalej. To są osoby bardziej “zglobalizowane” mimo wszystko. Lata 90. to tak zwane Chiny Jiangowskie. Wtedy rządził Jiang Zemin. Chiny Jiangowskie były kapitalistyczne pełną parą. I bardzo dużo było wpływów zagranicznych. Sam Jiang znał kilka języków i przez dużą część życia mieszkał w Szanghaju. Skąd się wziął w polityce? Po protestach w 1989 roku na Placu Tiananmen Deng Xiaoping stwierdził, że trzeba “świeżej krwi” na najwyższych szczeblach polityki. Sam się usunął w cień i sprowadził Jianga spoza Pekinu, by przejął po nim stery. 

Obecnie jednak chińska kultura przeżywa ponowny rozkwit, co wynika z rosnącego nacjonalizmu. Młodzi ludzie bardzo chętnie wracają do konfucjańskich tradycji, dawnych strojów czy klasycznych chińskich filmów. To trochę jak w Polsce hasło “Polacy wstają z kolan” – w Chinach również mówi się o “wstawaniu z kolan”. Równocześnie jednak trudno mówić o pełnym powrocie do tradycyjnych wartości. W kraju, w którym w ubiegłym roku zawarto sześć milionów małżeństw i równocześnie wzięto trzy miliony rozwodów, widać raczej napięcie między nowoczesnością a tradycją.

Ogród Yuyuan w Szanghaju (© archiwum prywatne)

JZB: Czy rząd jakoś ingeruje w tę kwestię?

WT: W Chinach bardzo łatwo jest wziąć rozwód. Jeśli nie ma majątku do podziału i dzieci – albo są, ale małżonkowie się zgadzają co do opieki – to nie ma żadnej sprawy rozwodowej. Idzie się po prostu do urzędu, drukuje dokument i tyle. Jesteśmy rozwiedzeni. W 2021 roku wprowadzono coś takiego jak okres na ochłonięcie. Teraz, jak się podpisze papiery rozwodowe, to trzeba jeszcze poczekać 30 dni na sfinalizowanie rozwodu. Jeżeli żadna ze stron w ciągu miesiąca nie wróci i nie powie, że chce jednak odwołać rozwód, to on się sfinalizuje. No i oczywiście były już takie sytuacje, że mąż zabił żonę w okresie na ochłonięcie. Mimo to władze uważają, że utrzymanie rodziny jest wartością nadrzędną, czym uzasadniają państwową ingerencję. Wielu Chińczyków deklaruje poparcie dla tych zasad – o ile nie dotyczą ich samych. Panuje typowy syndrom “mojej wyjątkowej sytuacji”: rodziny powinny być razem, ale ja akurat muszę się rozwieść.

JZB: A jakie jest podejście Chińczyków do aborcji?

WT: Chiny to kraj, w którym kultura jest bardziej klanowa niż indywidualistyczna, jak na Zachodzie. Podejście do życia i decyzji jednostki jest często podporządkowane dobru rodziny czy klanu. Na przykład dyskusje o aborcji w Europie często dotyczą praw jednostki. Moim zdaniem w Chinach taki argument nigdy nie miałby prawa bytu, bo to potencjalne dziecko istnieje w kontekście jakiejś rodziny. Jeżeli na przykład dziecko byłoby nieślubne, to by zaszkodziło całej rodzinie, która byłaby narażona na wstyd. W tym wypadku nikt nie zastanawia się nad prawami jednostki. To dla nich jest oczywiste, że aborcja nie może być zakazana. Najważniejsze jest dobro rodziny. Podobnie starsze osoby, jeśli stają się zbyt dużym ciężarem finansowym, czasem decydują się na przedwczesne odejście, aby nie obciążać rodziny.

AB: Czy odczuwasz na co dzień, że żyjesz w państwie autorytarnym?

WT: Raczej nie, ale zdarzają się nieprzyjemne sytuacje. Na przykład, gdy studiowałam, rząd prowadził kampanię antynarkotykową. Wyobraź sobie, siedzisz w domu, nagle ktoś puka do drzwi i myślisz sobie, że to pewnie kurier, a to policjanci którzy mówią, że jedziemy na kontrolę. I siedzisz na komisariacie przez sześć godzin, czekając na wyniki. Wychodzą negatywne, więc policjant mówi: dobra, idź. Nawet cię nie przeproszą. Niestety Chiny są takim miejscem, gdzie wraz z rozwiązaniem jakiegoś problemu pojawia się szereg brutalnych polityk. Tutaj nigdy nie wiesz jaką kampanię ci wyciągną z kapelusza. Cieszę się, że w Chinach nie ma problemu z narkotykami, tak jak na przykład jest w USA, ale przyznaję, że dla mnie to było traumatyczne doświadczenie.

AB: Czy są jakieś plusy życia w państwie autorytarnym?

WT: Myślę, że można wspomnieć o kwestii anonimowości w internecie. Rozmawiałam ze znajomymi, którzy mieszkają w Chinach o tym, w jakim kierunku zmierza internet na Zachodzie. W Chinach internet nigdy nie był postrzegany jako przestrzeń pełnej wolności czy anonimowości, lecz jako przestrzeń publiczna – tak samo, jak ulica czy rynek. Na Zachodzie ludzie często uważają, że mogą w internecie bezkarnie obrażać innych, bo są “anonimowi”. Ale czy w prawdziwym życiu podszedłbyś do kogoś na ulicy i anonimowo nazwał go “idiotą” albo mu groził? Oczywiście, że nie, bo ta osoba by cię rozpoznała, nagrałaby cię kamera, przyszłaby policja. W Chinach ta sama zasada obowiązuje w sieci. Każdy użytkownik musi być zarejestrowany numerem telefonu, a ten jest przypisany do dowodu tożsamości. Jeśli więc ktoś złamie prawo albo zachowa się nieodpowiedzialnie, można go łatwo namierzyć. Był na przykład głośny przypadek popularnej streamerki, która zarabiała setki milionów juanów na sprzedaży online, a nie płaciła podatków. Wystarczyło kilka dni: władze zablokowały wszystkie jej kanały, nałożyły ogromną karę finansową i praktycznie usunęły ją z przestrzeni publicznej. W chińskim internecie nie ma anonimowości – i wielu ludzi uważa, że jest to cena porządku.

AB: Czy Chińczykom nie przeszkadza, że są inwigilowani?

WT: Odpowiedź nie jest zupełnie jednoznaczna. Chiński rząd zbiera ogromne ilości danych o obywatelach. Poza oczywistymi minusami, ma to jednak praktyczne korzyści – monitoring zmniejsza przestępczość i zwiększa poczucie bezpieczeństwa. System inwigilacji jest postrzegany jako narzędzie poprawy jakości życia i efektywności usług publicznych, a nie wyłącznie naruszenie prywatności. Rząd stara się budować zaufanie do technologii i big data, traktując dane jako zasób wspólny, służący dobru publicznemu. Z drugiej strony powiedzenie, że Chińczycy nic sobie nie robią z prywatności, też nie jest prawdą.

Z mojego doświadczenia w kontaktach z chińskimi urzędami mogę powiedzieć, że wiedza instytucji na temat obywateli nie jest aż tak duża, jak mogłoby się wydawać. Gdy zakładałam firmę, musiałam dostarczyć do urzędu imigracyjnego licencję na prowadzenie firmy, bo nie byli w stanie sami sprawdzić, czy mi ją przyznano. Musiałam ją pozyskać w drugim urzędzie, by następnie przynieść do pierwszego.

JZB: W Polsce panuje wiele przekonań o Chinach. Które z nich są według Ciebie nieprawdziwe?

WT: Myślę, że prawie wszystkie, ale to, co mi zapadło mocno w pamięci to System Zaufania Społecznego (ang. Social Credit System). Nie istnieje żaden system punktowy, który dodawałby punkty za kupienie pieluch, a odejmował za kupienie piwa. Były pilotażowe programy, w których za oddanie krwi lub wolontariat przyznawano punkty, ale nie miały one większego znaczenia. Być może brano je pod uwagę przy rekrutacji na studia, natomiast nie istnieją żadne punkty ujemne, np. za przechodzenie na czerwonym świetle. Celem Systemu Zaufania Społecznego jest przede wszystkim klasyfikowanie firm jako rzetelnych lub ryzykownych – swoisty system oceny wiarygodności. W jego ramach powstały tzw. czarne listy, na które trafiają przedsiębiorstwa naruszające prawo, np. w obszarze bezpieczeństwa żywności. Firmy wpisane na taką listę nie mogą otrzymywać kontraktów rządowych ani uczestniczyć w przetargach. Podobne zasady dotyczą osób prywatnych – np. prezesów firm niespłacających długów. Wpis na czarną listę oznacza dla nich ograniczenia: zakaz kupowania biletów w pierwszej klasie, brak dostępu do drogich prywatnych szkół dla dzieci, czy utrudnienia w korzystaniu z luksusowych usług. Chodzi o to, by osoby lub firmy niewywiązujące się z zobowiązań traciły przywileje, a nieuczciwe praktyki nie opłacały się biznesowo, ani społecznie.

Jednym z największych stereotypów o Chinach jest przekonanie, że wszyscy Chińczycy marzą o ucieczce z kraju i o demokracji. W rzeczywistości wielu z nich nie wyjeżdża z powodów politycznych, tylko ekonomicznych – do Stanów Zjednoczonych, Kanady czy Australii jadą po lepszą edukację, spokojniejsze życie. Poza tym tam jest zdecydowanie mniejsza konkurencja. My, wychowani w kręgu kultury zachodniej, traktujemy demokrację jako system “defaultowy” – wydaje nam się, że tam, gdzie jej nie ma, ludzie tylko czekają, aż w końcu zwycięży. Tymczasem w Chinach większość społeczeństwa nie chce obalać partii. System im po prostu odpowiada. Protesty oczywiście się zdarzają, ale nie przeciwko władzy centralnej, tylko bardziej w kontrze do decyzji przedsiębiorstw czy lokalnych władz – np. przeciw zanieczyszczeniom, zaległym wypłatom i niesprawiedliwym przepisom. To protesty wymierzone przeciwko konkretnym politykom, a nie całemu systemowi.

JZB: Wrócę jeszcze do tematu Systemu Zaufania Społecznego. Takie media, jak Reuters czy BBC donosiły, że Pekin dąży za jego pomocą do zwiększania ingerencji w życie prywatne obywateli i ograniczanie ich wolności. 

WT: Mieliśmy o tym cały odcinek w naszym podcaście “Mao Powiedziane”. Nie będę komentować wszystkich sensacyjnych newsów i filmików z YouTube’a, bo siedzielibyśmy tu do rana, ale faktem jest, że narracja o chińskim Systemie Zaufania Społecznego jest w dużym stopniu zakłamana. System ten został stworzony przede wszystkim w celu efektywniejszej oceny wiarygodności kredytobiorców. Zbiera on dane dotyczące zadłużeń, przyznanych licencji, wyników inspekcji, zasądzonych grzywien czy kwalifikacji osób pracujących w firmach. Jego celem jest usprawnienie przepływu informacji pomiędzy instytucjami – co nadal jest problemem, o czym świadczą choćby sytuacje, gdy jedne urzędy nie mają pojęcia o informacjach zgromadzonych przez inne. Nie ma jednak czegoś takiego jak scentralizowany punktowy system oceny prywatnych osób. Pekin nie zajmuje się ewaluacją pozytywną bądź negatywną poszczególnych zachowań. Rejestrowane są jedynie naruszenia istniejącego prawa. Konsekwencje wynikające ze znalezienia się na tzw. czarnej liście dłużników – co dotyczy głównie firm, rzadziej osób fizycznych – są związane z ograniczeniami w dostępie do możliwości wzięcia kredytu czy pozyskania kapitału na rozwój, czy to w formie jakichś subsydiów czy emisji obligacji. W przypadku obywateli wpisanie na listę wiąże się z zakazem piastowania stanowisk państwowych, partyjnych czy wojskowych oraz z ograniczeniem dostępu do dóbr i usług luksusowych, jak bilety pierwszej klasy w samolocie, podróż pociągami wysokiej prędkości czy – tak jak wcześniej wspominałam – uczęszczaniem ich dzieci do prywatnych, drogich szkół. 

System Zaufania Społecznego nie ma jednak nic wspólnego z wizją rodem z “Black Mirror”. Zauważyłam, że media często mieszają rządowe rozwiązania z prywatnymi programami, takimi jak punktowy system Alibaby, który służy jedynie ocenie zdolności kredytowej w ramach jej ekosystemu i nie ma związku z polityką państwa. Przykładowo widziałam artykuły, gdzie łączono nawyki zakupowe użytkowników Alibaby z czarną listą dłużników i potem wychodzą takie kwiatki, jak: jeśli kupujesz alkohol to możesz mieć ograniczoną możliwość korzystania z pociągów wysokiej prędkości. Nie ma czegoś takiego, to jest mieszanie systemów. 

Owszem, niektóre miasta prowadziły eksperymentalne programy punktowe dla swoich mieszkańców, lecz dotyczyły one wyłącznie przestrzegania prawa i szybko spotkały się z ostrą krytyką społeczeństwa. Podsumowując, zachodnie wyobrażenia o wszechwiedzącym Wielkim Bracie są w dużej mierze wynikiem dezinformacji. To nie tylko moja opinia – wielu badaczy Chin, w tym jeden z najbardziej uznanych ekspertów od Systemu Zaufania Społecznego, profesor prawa Jeremy Daum z Uniwersytetu Yale, od lat apelują o bardziej rzetelne badanie tego zjawiska. 

Widok z Shanghai Tower – najwyżej położonego tarasu widokowego na świecie na wysokości 562 metrów (© archiwum prywatne)

AB: Jakie jeszcze przekonania o Chinach są nieprawdziwe?

WT: Kolejny stereotyp: w Chinach nie istnieją prawa pracownicze – istnieją, ale nie zawsze są przestrzegane. W Chinach mamy standardowy tydzień pracy, który wynosi osiem godzin dziennie, 40 godzin tygodniowo, możliwe są jednak nadgodziny. Pensja minimalna jest ustalana przez władze lokalne. Co do zasady w całych Chinach pracownikom przysługuje 98 dni urlopu macierzyńskiego, ale każda prowincja ma możliwość wydłużenia go. Mamy również wpisane w prawie stawki za nadgodziny. Niestety to zazwyczaj nie jest przestrzegane przez pracodawców. Teraz w momencie spowolnienia gospodarczego wykorzystują oni tę sytuację przeciwko pracownikom, sugerując: bądź wdzięczny, inni mają gorzej, więc nie narzekaj. Pracownicy często przyjmują podobną postawę: jeśli nie zgodzę się na nadgodziny, zrobi to ktoś inny i może awansować, a ja wylecę. Egzekwowanie swoich praw jest trudne, bo w Chinach nie ma kultury dochodzenia roszczeń – większość ludzi nie walczy o swoje. Jednak w sytuacji, gdy sprawa jest poważna i ktoś zdecyduje się działać, często można wymusić respektowanie praw pracowniczych, bo pracodawcy nie są przyzwyczajeni do konfrontacji i często szybko ustępują.

Na papierze chińskie przepisy wyglądają dobrze. I faktycznie, jeżeli pracujemy w większym mieście w dużej korporacji, to zazwyczaj te prawa tam są w miarę przestrzegane. Jest jednak bardzo dużo przypadków, że w firmach średniej wielkości przykładowo nie płaci się obowiązkowych składek.

Mimo że system “996” (praca 12 godzin dziennie, sześć dni w tygodniu) jest nielegalny, wciąż się zdarza, często w branży technologicznej. Firmy takie jak Alibaba czy Tencent nie ukrywają tego, wpisując takie godziny pracownikom w grafik. Czasem zdarzają się ekstremalne przypadki, jak pracownik, który pracował 20 dni z rzędu.

Jeszcze jeden stereotyp przyszedł mi do głowy, ten, że mur chiński widać z kosmosu. Już z orbity Ziemi go nie widać, a co dopiero z kosmosu.

JZB: Niektórzy zarzucają Ci, że w swoich materiałach wybielasz Chiny. Jak się do tego odnosisz?

Tak jak już wcześniej mówiłam, zawsze mnie to bawi – gdyby to była prawda, już dawno dostałabym zieloną kartę, a czekam na nią od 10 lat. Nie utrzymuję się z działalności w mediach społecznościowych i nie mam z tego żadnych korzyści. Uważam ten zarzut za kompletnie nietrafiony.

Pamiętajmy, że świat nie jest czarno-biały – wiele kwestii jest po prostu zniuansowanych. Oskarżanie kogoś o bycie tubą propagandową tylko dlatego, że nie mówi o Chinach wyłącznie źle, jest nieuczciwe. Zdarza mi się również mówić dużo rzeczy krytycznych o Chinach, bywa nawet, że padają wobec mnie zarzuty o antychińskość. Przeczytałam nieraz, że szczuję na Chiny i że powinno się mnie stąd wyrzucić albo, że miałabym więcej ofert biznesowych, gdyby materiały na moim instagramie były bardziej pozytywne. Pewnie by tak było, ale mnie zależy na budowie trochę innego wizerunku. Myślę, że fakt, iż te oskarżenia pojawiają się z obu stron, jest najlepszym dowodem na to, że jestem gdzieś pośrodku.

Weronika Truszczyńska w starożytnym “wodnym miasteczku” Zhujiajiao w okolicach Szanghaju (© archiwum prywatne) 

AB: A czy są rzeczy, których nie akceptujesz w Chinach?

WT: W Chinach jest wiele rzeczy, które rozumiem, skąd wynikają, ale na które nigdy bym się nie zgodziła – na przykład rola rodziców w związkach. Pamiętam, kiedy byłam na studiach i mieliśmy zajęcia z języka chińskiego. W klasie byli też Chińczycy z zagranicznymi paszportami. Jeden z nich wyjechał z rodzicami do Australii jako dziecko, a potem wrócił do Chin studiować. Kiedy rozmawialiśmy o tym, czy warto kontynuować związek, jeśli rodzice się nie zgadzają, obcokrajowcy się oburzali: dlaczego rodzice mają o tym decydować? Chińczyk z Australii wytłumaczył wtedy, że rozumie, że ktoś może chcieć walczyć o związek, ale dla niego byłoby to zbyt stresujące – ciągłe tłumaczenie się, konflikty z rodzicami. Łatwiej jest po prostu się rozstać i znaleźć kogoś, kogo rodzice zaakceptują. I większość ludzi tak faktycznie robi.

Małżeństwo w Chinach nie jest przede wszystkim romantycznym związkiem dwóch osób, lecz sposobem na awans społeczny dla dwóch rodzin. Rodzice często mają decydujący głos przy wyborze partnera, a młodzi ludzie traktują ich zdanie bardzo poważnie. Istnieją nawet aplikacje randkowe dla rodziców, gdzie wybierają potencjalnych kandydatów dla swoich dzieci, a ci potem przeglądają profile i podejmują decyzję. Proces randkowania jest szybki i zorientowany na cel – jeśli po roku nie ma perspektywy małżeństwa, związek zwykle się kończy. Zakończenie studiów, posiadanie odpowiedniego mieszkania, hukou (meldunku) i zgody rodziny – to kluczowe warunki do spełnienia przed ślubem. Miłość romantyczna jest ważna, ale ustępuje miejsca praktycznym i społecznym kryteriom.

Problem wzmacnia zależność finansowa młodych od rodziców. Młody człowiek może otrzymać od rodziców mieszkanie na ślub – ale pod warunkiem, że poślubi partnerkę, którą rodzice zaakceptują. Jeśli zdecyduje się być z osobą, której rodzice nie akceptują, mieszkania nie dostanie. Młodym ludziom nie pomaga fakt, że w ostatnich latach gospodarka nie rozwija się tak dynamicznie, jak kiedyś. Wchodzący w dorosłość Chińczycy często nie znajdują od razu pracy i pozostają zależni od rodziców po studiach. Rodzina chce zapewnić im dobrą przyszłość, więc utrzymuje ich w domu. Tacy młodzi dorośli gotują, sprzątają, a rodzice płacą im za to – tak powstaje zjawisko “syn/córka na pełen etat”. Szczególnie często zdarza się to w rodzinach klasy średniej i wyższej średniej, gdzie oczekiwania są wysokie, a klimat na rynku pracy trudny. Rodzice, którzy zainwestowali ogromne pieniądze w edukację potomka nie chcą, aby szedł on do “nieprestiżowej” pracy i myślą, że jeśli będą go utrzymywać przez kilka miesięcy, to uda się przeczekać słabą sytuację na rynku pracy.

W Chinach ludzie wyprowadzają się z domu dopiero na ślub. Dlatego nie jest niczym dziwnym, że ktoś ma 30 lat i wciąż mieszka z rodzicami. Własne mieszkanie zdobywa się dopiero wtedy, gdy zakłada się rodzinę. Jeśli ktoś mieszka w innym mieście niż rodzinne, wtedy musi wynająć mieszkanie, ale w przypadku gdy jest z Szanghaju i tam pracuje, to zwykle mieszka z rodzicami. Nie ma kultury usamodzielniania się po studiach, jak to bywa w wielu krajach Zachodu.

AB: Z tego co mówisz, chińskie społeczeństwo wydaje się bardzo transakcyjne.

WT: Chińczycy są raczej transakcyjni w relacjach z innymi. Znajomości mają ogromną wartość – od razu chcą wiedzieć, gdzie pracują twoi rodzice, ile płacisz za mieszkanie, ile zarabiasz. W ten sposób oceniają, czy będziesz dla nich wartościowym kontaktem. Osoba, która potrafi “załatwić coś po znajomości”, nie jest potępiana – wręcz przeciwnie, jest postrzegana jako skuteczna i zaradna. Wracając jeszcze do spraw sercowych, ludzie poznają się najczęściej po 25. roku życia – w liceum randkowanie jest źle odbierane. Relacje przebiegają szybko – jeśli rok po poznaniu nie ma jasnej perspektywy małżeństwa, to kończą znajomość. Zaręczyny w zachodnim sensie praktycznie nie istnieją – mówi się raczej o “poznaniu rodziców” i spełnieniu wymagań rodzin. Życie w Chinach uczy, że w niektórych kulturach dobro jednostki często ustępuje dobru rodziny – relacje mają wymiar głównie praktyczny, a romantyczna miłość jest ważna, ale prawie nigdy nadrzędna.

JZB: Z jaką reakcją się spotykasz, gdy mówisz Chińczykom, że jesteś z Polski?

WT: Reakcje bywają różne i często zabawne. Czasami ludzie mylą nazwy krajów, bo w języku chińskim “Bolan” i “Helan” brzmią podobnie. Niektórzy w ogóle łączą to z Finlandią, więc dla Chińczyków Polska, Holandia i Finlandia czasem wydają się trochę tym samym. Zwykle ludzie po prostu nie wiedzą, gdzie leży Polska. Gdy wyjaśniam, że to w Europie, często mówią, że to na pewno mały kraj. Czasem jest to wypowiadane z sympatią, z lekkim humorem, bo dla nich Europa wygląda jak jedno państwo. Gorzej, jeśli politycznie jakiś mały kraj wspiera większe mocarstwo – wtedy słyszy się komentarze typu: małe kraje są na smyczy Stanów Zjednoczonych. W przypadku Polski niestety też się to zdarza.

AB: Zahaczając o kwestie językowe, czy wszędzie w Chinach dogadasz się po mandaryńsku?

WT: Zdarzają się bariery językowe, ale to raczej w południowo-zachodnich Chinach, w wioskach. Zwłaszcza starsi ludzie nie znają tam mandaryńskiego. O ile na północy Chiny są bardziej zunifikowane pod względem językowym, na południu mówi się wieloma językami. W Chinach oficjalnie uznaje się 56 grup etnicznych – największą z nich są Hanowie, stanowiący ponad 90 procent ludności. Pozostałe 55 grup to ponad osiem procent populacji, każda z własnym językiem. Wszyscy Chińczycy uczą się mandaryńskiego w szkołach, ale starsze pokolenia, które nie uczestniczyły w nowoczesnym systemie edukacji – np. w czasie rewolucji kulturalnej – często go nie znają. 

JZB: Na koniec chciałabym zapytać, jak życie w Chinach w ciągu ostatnich 10 lat zmieniło Ciebie i Twoje postrzeganie świata? 

WT: Ja w Chinach trochę dorosłam – zamieszkałam tutaj w wieku 21 lat. Trudno mi powiedzieć, jaką byłabym osobą, gdybym tu nie przyjechała, ale mieszkanie w Chinach na pewno sprawiło, że nie traktuję wszystkiego z kultury zachodniej jako czegoś “defaultowego”. Bardzo wiele rzeczy w naszym kręgu kulturowym uważamy za uniwersalne, ale wystarczy pojechać w inną część świata, by zrozumieć, że tam jest inaczej. W Europie wiele wartości wywodzi się z kultury chrześcijańskiej, podczas gdy w Chinach dominuje kultura konfucjańska i taoistyczna, a wartości i normy społeczne są inne. Życie w Chinach uczy, że nie wszystko z kultury zachodniej jest oczywiste, a ja zdecydowanie bardziej jestem otwarta na inne perspektywy. Nawet jeśli nie zakończyłabym związku pod presją rodziców, rozumiem, dlaczego robi tak chińska koleżanka.

Autorzy: Julia Zalewska-Biziuk i Artur Bugała

One thought on ““Życie w Chinach uczy, że nie wszystko z kultury zachodniej jest oczywiste”

Leave a Reply