Autor: Dawid Pietrusiak
W niedzielę 26 września odbyły się wybory do niemieckiego Bundestagu, które przez wielu zostały określone najważniejszymi od kilkunastu lat. Wpływ na to miało wiele czynników, między innymi odejście kanclerz Angeli Merkel z polityki oraz kwestie ochrony klimatu. Większość przedwyborczych sondaży wskazywała na pewien stały trend, mianowicie stabilną kilkuprocentową przewagę socjaldemokratów nad chadecją. Warto jednak zwrócić uwagę, że w tygodniu poprzedzającym federalne wybory ugrupowanie Angeli Merkel systematycznie odrabiało straty do SPD, próbując zniwelować poziom zbliżającej się katastrofy. Konsekwencje wrześniowego głosowania mogą być bardzo daleko idące z wielu powodów. W szczególności jednak oznaczają zmianę długo trwającego statu quo na niemieckiej scenie politycznej.
Pierwsze sondażowe wyniki zostały opublikowane tuż po zamknięciu lokali wyborczych o godzinie 18 i nie wyłoniły one jednogłośnego zwycięzcy. Wyżej wspomniane badania opinii publicznej wskazywały na remis dwóch głównych partii, tj. SPD oraz Unii CDU/CSU, których poziom poparcia szacowano na 24%. Takie rezultaty oznaczały, iż z jednej strony zwycięzca zostanie ogłoszony w momencie przeliczenia wszystkich głosów, a z drugiej strony nie będzie to przytłaczająca wygrana. Należy również podkreślić, że ponad połowa Niemców skorzystała z głosowania metodą korespondencyjną, co jest zjawiskiem dotychczas niespotykanym w Republice Federalnej. Po opublikowaniu całościowych wyników okazało się, iż to socjaldemokraci uzyskali największe poparcie, tj. 25,7% nieznacznie wyprzedzając dotychczas rządzących chadeków o nieco ponad 1,5 punktu procentowego. Na kolejnych miejscach uplasowali się Zieloni z historycznym wynikiem 14,8%, liberalna FDP (11,5%), skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec (10,3%) oraz postkomunistyczna Lewica (4,9%).
Analiza tychże rezultatów oraz porównanie z wyborami z 2017 roku ukazują kilka interesujących faktów. Po pierwsze, blok CDU/CSU zanotował najgorszy wynik od utworzenia partii w 1945 roku. Przyczyn takiego obrotu sprawy można doszukiwać się w osobie kandydata na urząd kanclerza z ramienia chrześcijańskich demokratów, Armina Lascheta. Nie wzbudził on zaufania wyborców, a w porównaniu do swoich kontrkandydatów wydawał się politykiem mniej doświadczonym. W wielu powyborczych komentarzach podkreślano, że jako potencjalny kontynuator polityki Merkel i prominentny przedstawiciel liberalnego skrzydła partii nie zyskał, a wręcz stracił zaufanie konserwatywnych wyborców. Warto w tym miejscu przywołać dane statystyczne. Blok CDU/CSU w porównaniu do 2017 r. utracił niemal 9 punktów procentowych poparcia, co jeszcze dobitniej można zaobserwować w liczbach bezwzględnych. Chadecja utraciła ponad 1,5 mln wyborców na rzecz SPD, prawie milion na rzecz Zielonych i pół miliona na rzecz liberałów z FDP. W konsekwencji reprezentacja chadecka w Bundestagu skurczyła się o 50 miejsc.
Największym wygranym są socjaldemokraci, którzy jeszcze rok temu notowali wyniki rzędu 15%. Odnosząc zwycięstwo po raz pierwszy od 2002 roku, wprowadzają do Bundestagu 206 swoich przedstawicieli, stając się najsilniejszą siłą polityczną nowej kadencji. Taki rezultat nie przekłada się automatycznie na stworzenie rządu pod wodzą SPD. Niemiecki system polityczny faworyzuje tworzenie koalicji, co w dodatku podkreślają wyniki dwóch głównych ugrupowań na niemieckiej scenie politycznej. W roku 1987 suma poparcia dla CDU/CSU oraz SPD wynosiła 87%, a w tym roku niewiele ponad 50%. Według wielu ekspertów może to przynieść w najbliższej przyszłości reorganizację systemu politycznego w Niemczech, gdzie więcej niż dwie partie będą musiały wypracować stabilną większość w parlamencie w celu utworzenia koalicji rządowej. Socjaldemokraci również odnieśli sukcesy w wyborach samorządowych w Berlinie oraz Meklemburgii-Pomorzu Przednim, co podkreśla rozmiar politycznych zmian w Niemczech.
Abstrahując od rezultatów dwóch głównych graczy na niemieckiej scenie politycznej, warto odnotować, iż skrajne partie takie jak AfD oraz Lewica utraciły poparcie w stosunku do poprzednich wyborów federalnych w 2017 r. Konsekwencją słabego wyniku postkomunistów jest automatyczne wykluczenie powstania skrajnie lewicowej koalicji Rot-Grün-Rot (nazwa pochodzi od kolorów danych ugrupowań). Jednakże proces tworzenia nowej większości parlamentarnej jest niesłychanie trudny, ponieważ pogodzenie, czasami sprzecznych, postulatów niektórych partii jest wręcz niemożliwe. W tym kontekście należy podkreślić, iż nie tylko zwycięzcy socjaldemokraci, ale również chadecy prowadzą rozmowy koalicyjne z partią Zielonych i liberałami z FDP. Jeśli politycy wzięliby pod uwagę zdanie opinii publicznej, to powinni odsunąć CDU/CSU od władzy tworząc rząd tzw. sygnalizacji świetlnej (czerwony-SPD, żółty-FDP oraz Zieloni), czego chce ponad połowa respondentów. Jednakże, jak podają niemieckie media, liberałom bliżej jest do programu wyborczego dotychczas rządzącym chrześcijańskim demokratom. Pomimo tego, przedstawiciele FDP najpierw prowadzą rozmowy z Zielonymi w celu wypracowania wspólnego stanowiska, ponieważ nowa większość rządowa będzie musiała składać się z tych dwóch partii oraz SPD lub CDU/CSU.
W związku z negocjacjami odnośnie utworzenia nowej koalicji rządowej wytypowanie nowego kanclerza jest niemalże niemożliwe. Prawdopodobnie zostanie nim przedstawiciel SPD, czyli obecny wicekanclerz w rządzie Angeli Merkel – Olaf Scholz. Jeśli jednak Zieloni i FDP dogadają się z CDU/CSU to kandydat chadeków, Armin Laschet, będzie kontynuował kierowanie pracami dotychczasowego centroprawicowego gabinetu. Cztery lata temu podobne rozmowy koalicyjne trwały ponad trzy miesiące i skutkowały powstaniem tzw. Wielkiej Koalicji SPD oraz CDU/CSU. Tym razem jest to scenariusz najmniej prawdopodobny, ale nie można go wykluczyć. Przeciągające się negocjacje mogą wpłynąć na zachwianie stabilności politycznej w Niemczech, która była charakterystyczna dla epoki odchodzącej szefowej rządu. Mimo tego stwierdzenie, że kierunki polityki Republiki Federalnej ulegną zmianie, jest jak najbardziej zasadne, pytanie tylko w jakim stopniu.
