Autor: Dawid Pietrusiak
Rządzenie jest skomplikowanym procesem, w którym występuje wiele niewiadomych. Szczególnie w systemach demokratycznych proces sprawowania władzy bywa niekiedy jednym wielkim zbiorem decyzji podejmowanych przez większość, oczywiście szanując poglądy mniejszości. Tyle teorii. Z praktycznego punktu widzenia to partie polityczne i bardzo często ich przywódcy dążą za każdym razem do bezproblemowego rządzenia przez jak najdłuższy okres czasu. W momencie wystąpienia jakichkolwiek komplikacji w tymże procesie można odwołać się do woli narodu (wyborców), która albo okaże się korzystna i dane stronnictwo utrzyma lub umocni swoją władzę, albo nieoczekiwanie stanie się tym, czego najbardziej się obawiano, mianowicie końcem. Niezaprzeczalnie w takim zaułku znalazł się jeden z najbardziej rozpoznawalnych szefów rządów na świecie – premier Kanady Justin Trudeau.
Zainteresowanie działalnością polityczną odziedziczył po swoim ojcu, który dwukrotnie sprawował urząd premiera z ramienia Partii Liberalnej. Jedną z najczęściej wspominanych anegdot dotyczących młodego Justina jest wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych Richarda Nixona w Kanadzie w 1972 roku. W trakcie wystawnego przyjęcia u premiera Pierre’a Trudeau, szef amerykańskiej egzekutywy wzniósł toast “za przyszłego premiera Justina Pierre’a Trudeau”. Jak się później okazało, prezydent Nixon się nie pomylił. Dwa lata od przejęcia sterów w Partii Liberalnej, Justin Trudeau doprowadził ją do zwycięstwa wyborczego w 2015 roku, zdobywając samodzielną większość w parlamencie. Jest to o tyle ciekawe, gdyż w stosunku do poprzednich wyborów z 2011 roku Liberałowie zyskali aż 148 miejsc w kanadyjskiej Izbie Gmin kosztem Konserwatystów (utrata 60 miejsc) i Nowych Demokratów (utrata 51 miejsc). Tym samym był to największy przyrost reprezentacji parlamentarnej w Kanadzie od 1984 roku. W trakcie sprawowania rządów gabinet Justina Trudeau przyjął kilka głośnych ustaw, w tym legalizujących posiadanie marihuany czy wprowadzających federalny podatek od emisji dwutlenku węgla. Pierwsza kadencja Trudeau zakończyła się w 2019 roku wyborami, które ponownie okazały się sukcesem dla Liberałów, jednakże nie powtórzyli oni swojego wyniku sprzed czterech lat i musieli stworzyć rząd koalicyjny.
Od wspomnianych powyżej wyborów minęło około 24 miesiące i Kanadyjczycy znowu poszli do urn. W sierpniu bieżącego roku premier Trudeau ogłosił, że Gubernator Generalna Kanady przychylnie ustosunkowała się do jego prośby rozpisania przedterminowych wyborów parlamentarnych na dzień 20 września. W związku z tym liderzy ugrupowań politycznych oraz kandydaci do Izby Gmin rozjechali się po kraju, prowadząc najkrótszą kampanię wyborczą od lat. W jej trakcie lider Partii Liberalnej był wielokrotnie pytany, dlaczego zdecydował się rozwiązać parlament akurat teraz. Jego odpowiedzi nie były precyzyjne, ale koncentrowały się głównie na kwestii rozwiązania problemów wywołanych pandemią koronawirusa. Ciekawym jest jednak fakt, iż przystępując do zdobycia samodzielnej większości w Izbie Gmin, partia Justina Trudeau cieszyła się na tyle dużym poparciem, które umożliwiłoby urzeczywistnienie tego celu, ale z każdym kolejnym sondażem wynik Liberałów był coraz gorszy.
Nie tylko opinia publiczna domagała się odpowiedzi na pytanie o przyczynę wcześniejszych wyborów. Z tej okazji korzystali również liderzy najważniejszych ugrupowań na kanadyjskiej scenie politycznej, aby zaatakować urzędującego premiera. Wyżej przedstawiona strategia po części przyniosła sukces największemu rywalowi partii rządzącej – Konserwatystom. W pierwszej połowie kampanii wyborczej odrobili oni straty do Liberałów i w pewnym momencie nawet stali się faworytami sondaży. Mało znany na ogólnokrajowej scenie politycznej lider Torysów, Erin O’Toole, stał się rozpoznawalnym politykiem, co w dużej mierze sprzyjało jego ugrupowaniu. Warto również zwrócić uwagę, iż stoi on na czele Partii Konserwatywnej od niedawna, próbując zmienić jej charakter na bardziej umiarkowany. Przykładem tego była otwarta zapowiedź wsparcia środowisk LGBTQ+, umożliwienie pod pewnymi warunkami aborcji w całym kraju oraz podtrzymanie zakazu posiadania broni typu wojskowego wprowadzonego przez rząd Justina Trudeau.
Paradoksalnie wyniki tegorocznych wyborów do Izby Gmin nie różnią się znacznie od rezultatów z 2019 roku. W głosowaniu powszechnym wygrała Partia Konserwatywna zdobywając około 34% głosów wyprzedzając tym samym Liberałów, którzy uzyskali 32.3% poparcia. Na kolejnych miejscach uplasowali się Nowi Demokraci z wynikiem 17.7% oraz Bloc Quebecois, którego poparcie wyniosło 7.7%. Jednakże ze względu na system jednomandatowych okręgów wyborczych, wyniki w głosowaniu powszechnym nie przekładają się bezpośrednio na miejsca zdobyte w 338 – osobowej Izbie Gmin. Zgodnie z tą metodą największą reprezentację w kanadyjskim parlamencie utrzyma partia urzędującego premiera zdobywając 158 miejsc, czyli dosłownie o jednego deputowanego więcej niż przed dwoma laty. Z kolei dotychczas opozycyjni Torysi wprowadzą do Izby Gmin 119 swoich reprezentantów, tracąc względem 2019 roku dwóch przedstawicieli w parlamencie. Dalsze ugrupowania i ich wyniki to: Bloc Quebecois – 34 posłów (+2), Nowi Demokraci – 25 posłów (+1) oraz Partia Zielonych – 2 posłów (-1).
Jakie wnioski i następstwa mogą wynikać z takiego rozstrzygnięcia?
Po pierwsze, Partia Liberalna nadal będzie rządzić Kanadą, najprawdopodobniej z dotychczasowym koalicjantem, czyli Nowymi Demokratami. Pomysł ze zdobyciem samodzielnej większości okazał się klęską, ale zważając na spadki sondażowe w trakcie kampanii wyborczej to utrzymanie status quo jest wykonaniem planu minimum. Ponadto, Justin Trudeau odnosząc trzecie zwycięstwo z rzędu najpewniej nie rozpisze kolejnych przyspieszonych wyborów w najbliższym czasie, skupiając się na sprawowaniu rządów. Po drugie, Partia Konserwatywna, mimo proponowanego przez Erina O’Toole’a rebrandingu, nie zyskała nowych wyborców. To stawia lidera w niekomfortowej sytuacji walki o utrzymanie władzy w swoim ugrupowaniu. Po trzecie, kolejny już raz Kanadyjczycy nie ustosunkowali się przychylnie do sprawowania rządów przez jedno ugrupowanie. Jest to stały trend, który utrzymuje się z małymi wyjątkami od 2004 roku. Z tego powodu wielu obserwatorów kanadyjskiej sceny politycznej poddaje w wątpliwość efektywność obecnej ordynacji wyborczej. Jednakże najważniejszy wniosek płynie z analizy składu nowego parlamentu, który do złudzenia przypomina Izbę Gmin wyłonioną w 2019 roku. Ten sygnał bardzo trafnie można opisać słowami wypowiedzianymi przez premiera Justina Trudeau podczas wieczoru wyborczego, które sprowadzają się do stwierdzenia, że “obywatele Kanady wysłali swoich przedstawicieli z powrotem do pracy”.
