Powyborczej układanki ciąg dalszy

Źródło: The New York Times

Dawid Pietrusiak

Mimo, że wybory w Stanach Zjednoczonych odbyły się na początku listopada, to urzędujący prezydent wciąż nie ogłosił swojej przegranej. Co więcej jego sztab, na czele z osobistym prawnikiem Trumpa Rudym Guilianim, prowadzi batalie sądowe w wielu stanach, wskazując na rzekome nieprawidłowości i oszustwa wyborcze, które pozbawiły kandydata republikanów wygranej. Tymczasem prezydent-elekt przystąpił do formowania swojego gabinetu. W mijającym tygodniu Joe Biden ogłosił kandydatów na najważniejsze stanowiska w swojej przyszłej administracji, które jasno pokazują powrót do stabilnej polityki sprzed kadencji obecnego prezydenta.

Donald Trump podejmuje wszystkie działania, które mogłyby w jakiś sposób podważyć wynik wyborów. Jednakże założenie, że coś może się zmienić okazuje się coraz mniej prawdopodobne. Wraz z ponownym przeliczeniem głosów w Pensylwanii oraz Georgii rezultat w tych stanach się nie zmienił. Oczywiście wykryto nieprawidłowości w postaci niepoliczonych kilku tysięcy kart wyborczych, ale nie wpłynęło to na ostateczny wynik obu kandydatów. Sprawy sądowe w poszczególnych stanach także nie potoczyły się pomyślnie dla jeszcze urzędującego prezydenta. Głównym powodem takich rozstrzygnięć jest brak dowodów na fałszerstwa. W tym miejscu należy zdecydowanie oddzielić sferę czysto medialnych oskarżeń Trumpa pod adresem demokratów od prawnych batalii prowadzonych przez przedstawicieli prezydenta. Bez udowodnienia takich czy innych działań nie można stwierdzać i rozpowszechniać, że są one przestępstwami lub spiskiem wymierzonym w osobę Donalda Trumpa i jego wyborców. Jest to jednoznaczna manipulacja oraz wykorzystywanie niesprawdzonych informacji. To dlatego serwisy społecznościowe blokują część wpisów głowy państw amerykańskiego. 

Powstaje jednak pytanie o celowość takich działań. Wiadomo, że Trump przegrał wybory zdecydowanie tracąc stany takie jak Georgia, Arizona oraz Pensylwania. Pomimo tego zdobył niemalże 74 mln głosów. Jest to drugi najwyższy wynik w historii Stanów Zjednoczonych zaraz za osiągnięciem jego tegorocznego rywala. Nie są to tylko dane statystyczne, ale rzeczywista siła polityczna, z czego urzędujący prezydent doskonale zdaje sobie sprawę. Z tego wynikają próby oczerniania nie tylko zwycięzcy, ale całego procesu wyborczego. Prowadząc taką retorykę Donald Trump liczy na to, że część jego elektoratu nie uzna legalności wyboru 46. prezydent USA. Dzięki temu milioner uzyska możliwość ciągłego kwestionowania działań przyszłej administracji tym samym pozostając czynnym uczestnikiem życia politycznego. Będąc w centrum zainteresowania oraz w kontrze do gabinetu demokratów stanie się jednym z głównych pretendentów do kandydatury republikanów na prezydenta w 2024 roku. Oczywiście taka teoria jest obarczona wieloma niepewnościami. Wiek Trumpa, liczne sprawy sądowe przeciwko niemu oraz brak poparcia partii republikańskiej to niektóre tylko czynniki mogące wpłynąć na bieg wydarzeń.

Podważanie wyników wyborów w sferze medialnej jest przemyślaną strategią, jednakże proces przekazania władzy wymaga minimalnej współpracy ze stron obu sztabów. Mając to na uwadze obecny prezydent odblokował fundusze federalne przeznaczone na ten cel. Ponadto po niecałym miesiącu prezydent-elekt będzie otrzymywał te same codzienne raporty o stanie państwa, którymi dysponuje obecna administracja. Ciekawym jest także fakt, że Donald Trump zapytany, czy zamierza odejść, odpowiedział, że jeśli elektorzy wybiorą Joe Bidena, to postąpi zgodnie z prawem i opuści urząd. W tym miejscu warto zaznaczyć, że grono elektorskie spotka się 14 grudnia, ale ostatecznie to Kongres zaakceptuje wynik wyborów 6 stycznia.

Nie zważając na działania Trumpa i jego współpracowników sztab prezydenta-elekta rozpoczął już proces przekazania władzy. Pierwszym jego efektem było powołanie zespołu ekspertów do spraw walki z pandemią koronawirusa. Wartym odnotowania jest fakt, że członkami tego gremium zostali niektórzy naukowcy zwolnieni przez obecną administrację. Joe Biden regularnie organizuje konferencje prasowe systematycznie opisując działania prowadzone przez siebie i współpracowników. W trakcie spotkania z dziennikarzami w ubiegłym tygodniu przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił kandydatów na najważniejsze stanowiska w swojej administracji. 

Stanowisko sekretarza stanu będzie pełnił były zastępca szefa tego departamentu oraz były zastępca doradcy ds. bezpieczeństwa w gabinecie Baracka Obamy – Antony J. Blinken. Jego kandydatura jest jasnym sygnałem chęci odbudowy dobrych relacji z partnerami z NATO oraz Unii Europejskiej, które ucierpiały podczas izolacjonistycznej polityki administracji Trumpa, prowadzonej pod szyldem  America First. Doradcą ds. bezpieczeństwa prezydenta Bidena zostanie 47-letni Jake Sullivan. Będzie to jedna z najmłodszych osób w historii pełniąca tę funkcję. Warto jednak zwrócić uwagę na jego bogate doświadczenie na tym polu, jak również dobre relacje z Joe Bidenem i innymi przyszłymi członkami gabinetu. Szefem departamentu bezpieczeństwa wewnętrznego zostanie natomiast Alejandro N. Mayorkas. W swojej karierze Mayorkas pełnił funkcję dyrektora agencji ds. legalnej imigracji w tym departamencie. Joe Biden dokonując tego wyboru zaprezentował zupełnie przeciwne zdanie odnośnie migracji niż obecna amerykańska administracja.

Ważne role w przyszłym gabinecie Joe Bidena będą także odgrywały kobiety. Dyrektorem urzędu ds. wywiadu zostanie Avril D. Haines posiadająca wieloletnie doświadczenie w kwestiach bezpieczeństwa mi.n. będąc zastępcą szefa CIA w latach 2013-2015. Stanowisko ambasador Stanów Zjednoczonych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych obejmie Linda Thomas-Greenfield. Jednocześnie decyzją Joe Bidena przywraca się tej funkcji status członka gabinetu oraz Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Zgodnie z przeciekami medialnymi szefową  departamentu skarbu zostanie Janet L. Yellen. Będzie to pierwsza kobieta w historii stojąca na czele tej instytucji. Yellen była przewodnicząca Systemu Rezerw Federalnych w latach 2014-2018. Jest to dość ostrożny wybór, gdyż Yellen przedstawia bardziej centrowe podejście niż wymieniani przez media do pełniania tej funckji senator Sanders czy senator Warren.

Najbardziej zaskakującą decyzją było utworzenie specjalnego doradcy prezydenta ds. klimatycznych oraz wyznaczenie do pełnienia tej funkcji weterana partii demokratycznej John’a Kerry. Były kandydat na prezydent oraz były sekretarz stanu będzie również zasiadał w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. Ponadto sztab prezydenta-elekta zaznaczył, że kandydatura Kerry’ego na to stanowisko nie wymaga akceptacji Senatu.

Jeszcze pozostało wiele nieobsadzonych stanowisk, ale już wiadomo, że przyszła administracja będzie jedną z najbardziej różnorodnych w historii państwa amerykańskiego. Duża liczba kobiet, jak również przedstawiciele środowisk Afroamerykanów i Latynosów na najważniejszych stanowiskach pokazują zupełnie odmienną wizję przewodzenia krajem od tego, czym charakteryzowała się administracji Donalda Trumpa. Doświadczenie ogłoszonych już kandydatów na członków gabinetu wskazuje ogromne chęci na powrót do przewidywalnej polityki USA oraz aspiracji ponownego zajęcia miejsca lidera demokratycznego świata, co zdecydowanie nie będzie łatwym zadaniem.

Leave a comment