Szef partii, nauczyciel akademicki, prawnik i biegacz. Z Borysem Budką rozmawia Kinga Pietrusiak

Jak Pan ocenia powołanie Przemysława Czarnka na ministra edukacji? 

Uważam, że jest to politycznie sprytne zagranie, żeby rozmawiać o osobie, a nie o obecnych problemach np. budżetowych. Jarosław Kaczyński wielokrotnie już postępował w ten sposób — wskazywał kontrowersyjną osobę, tylko po to, aby opinia publiczna skupiła się na tej nominacji, analizując jej nieadekwatne zachowania, a wówczas na dalszy plan schodzą kwestie wprowadzanych szkodliwych zmian w Polsce. Uważam, że powinniśmy dokonać zmiany w podejściu do systemu kształcenia, a nie tworzyć ministerstwo, które odpowiada zarówno za szkolnictwo podstawowe i średnie oraz za polską naukę. Osobiście odebrałbym politykom możliwość decydowania o treściach programów nauczania. W szkole nie ma miejsca na indoktrynację. Szkoła powinna być miejscem, gdzie uczy się poznawać świat, gdzie dzieci są uczone tego, w jaki sposób mogą wyszukiwać informacje i je weryfikować. Dlatego głośno mówimy o tym, aby powołać Komisję Edukacji Narodowej złożoną z ekspertów, a nie polityków, która będzie kształtować treści programowe.

Jakie jest Pana zdanie odnośnie do zmian w systemie edukacji w Polsce?

To, co zrobiono w ostatnich latach, czyli zlikwidowanie gimnazjów i stworzenie wielkich szkół podstawowych, przełożyło się negatywnie na nauczanie naszych dzieci. To nie była reforma, lecz jedynie zamiana budynków. Reforma ma na celu poprawić niedoskonałości, a ta „deforma” niczego nie poprawiła, a wręcz przeciwnie… Zlikwidowano system, który był przez lata mozolnie budowany. Zamiast tego zaproponowano coś, co „pseudoreformatorzy” z PiS znali ze swojego dzieciństwa, czyli z okresu socjalizmu. Skupili się na zmianie formy, z którą nie wiązały się zmiany treści programu. Nie było w tym żadnej myśli, żeby poprawić program nauczania. Dzisiaj, w XXI wieku, szkoła powinna odpowiadać wyzwaniom obecnych czasów, kształcąc w taki sposób, by młodzi ludzie nabyli umiejętności potrzebne w zmieniającym się świecie. Realny wpływ na sposób funkcjonowania szkół powinny mieć samorządy. Religia zaś powinna być zajęciem dodatkowym, poza planem zajęć obowiązkowych, a o możliwości jej organizowania w szkole i  uczestnictwie w niej dziecka powinni decydować rodzice. Kosztami jej organizacji nie powinien być obciążony budżet państwa, a ocena z takich zajęć nie powinna znajdować się na świadectwie szkolnym.

Mimo wielu obowiązków w sejmie wciąż wykłada Pan na uniwersytecie. Z czego Pan czerpie większą satysfakcję — ze swojej kariery naukowej czy politycznej ?

Od ukończenia studiów pracuję jako nauczyciel akademicki w Katedrze Prawa na Wydziale Finansów i Ubezpieczeń Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Bardzo lubię uczyć, ale nie jestem typem naukowca, pomimo posiadania stopnia naukowego. Powiem więcej — większą satysfakcję czerpię z nauczania niż z polityki, dlatego ubolewam, że poprzedni i obecny semestr jest nauczany zdalnie. Uczenie zza biurka w domu, bez kontaktu ze studentami, nie jest takie satysfakcjonujące. Pracę na uczelni zacząłem w 2002 roku, czyli pracuję tam już 18 lat. Czas szybko płynie… Często powtarzam, że politykiem się bywa, a nauczycielem akademickim się jest. Uczę prawa, podstaw prawa, prawa gospodarczego i prawa pracy, więc tu bardzo pomaga mi praca w Sejmie. Dzięki tej bliskości z systemem legislacyjnym na bieżąco wiem, jak prawo się zmienia i mogę opowiadać o tym studentom. Nigdy nie łączę wykładów z kwestiami politycznymi, więc myślę, że część studentów może nawet nie wiedzieć, czym zajmuję się poza uczelnią.

Kolejną Pana pasją jest bieganie. Czy jest ono dla Pana pewnego rodzaju ucieczką przed stresem, wyładowaniem złości, czy może rozrywką?

Bieganie jest dla mnie odreagowaniem i przede wszystkim redukcją stresu. Żeby być skutecznym politykiem, który spotyka się z wyborcami, zajmuje się codziennie wieloma sprawami, trzeba mieć dobrą kondycję. Bieganie daje mi możliwość spędzenia czasu z kolegami z dzieciństwa, z którymi uprawiam ten sport od szkoły podstawowej, albo spędzenia czasu sam ze sobą i — co ważne — bez telefonu. Poza tym bieganie daje możliwość usystematyzowania życia, uczy konsekwencji i systematyczności. Jeśli nie biegam przez dłuższy czas, to staję się nieznośny dla otoczenia. Dlatego lubię pobiegać rano, przed pracą, szczególnie wówczas, gdy czeka mnie dzień pełen wyzwań. Czasem się zdarzy, że biegam nawet w noworoczny poranek, bądź robię „wigilijne” bieganie z przyjaciółmi i znajomymi z treningów. Moja żona żartuje wówczas, że tak nie lubię lepić uszek, że uciekam do lasu. Gdy ktoś pyta, skąd ta biegowa pasja, to odpowiadam: bo to najnudniejszy sport na świecie, a ja mam nudy jak na lekarstwo. Prowadzę bardzo aktywny tryb życia, a to jest jedyny sport, który można regularnie uprawiać. Potrzebne są jedynie buty i wygodny strój, bo miejsce do biegania można znaleźć wszędzie.

Przez pewien czas łączył Pan funkcję szefa partii i szefa klubu parlamentarnego. Mógłby Pan wyjaśnić, czym różnią się te dwie funkcje? 

Klub parlamentarny, a właściwie jego szef, organizuje prace posłów i senatorów w parlamencie, czyli w sejmie i senacie. Jest to odpowiedzialna funkcja, wymagająca dużego zaangażowania. Pierwszy raz w Platformie Obywatelskiej jesteśmy w sytuacji, w której w sejmie mamy klub koalicyjny. Z kolei partia Platforma Obywatelska, to kilkaset lokalnych, powiatowych i wojewódzkich struktur, więc jest to zarządzanie praktycznie w całym kraju. Na dłuższy czas bardzo trudno pracować godząc te dwa stanowiska. Gdyby nie COVID, to rozdzieliłbym już te dwie funkcje w marcu. Naturalne jest, że jeżeli ma się za dużo obowiązków to wzrasta ryzyko popełnienia błędu, który czasem bardzo dużo kosztuje. Jestem zwolennikiem opierania zarządzania na zespołach ludzi, dzieleniu kompetencji i odpowiedzialności, bo to pozwala osiągać lepsze efekty pracy. Podsumowując, klub to przede wszystkim poselska i senacka aktywność legislacyjna. Natomiast nasza partia to wielki zespół ludzi – a Platforma Obywatelska to kilkanaście tysięcy jej członków w całym kraju — chcących zmieniać Polskę na lepsze.

Bardzo angażował się Pan w kampanię wyborczą pana Rafała Trzaskowskiego. Co Pan czuł, gdy Rafał Trzaskowski o włos przegrał wybory prezydenckie? 

Wielki żal i smutek, bo wiem, że byliśmy bardzo blisko zwycięstwa. Jako szef Platformy Obywatelskiej wskazałem na Rafała Trzaskowskiego, a zarząd przyjął moją rekomendację. Jestem przekonany, że Rafał Trzaskowski to osoba formatu prezydenckiego. Jego wykształcenie, charakter oraz obycie międzynarodowe powodują, że byłby to bardzo dobry prezydent. Niestety nie udało nam się wygrać tych wyborów. Zabrakło 400 tysięcy głosów, to niewiele, ale jednak. Przed nami dużo pracy. Widziałem entuzjazm ludzi angażujących się w kampanię Rafała i wierzyłem, że nam się uda, że zaczniemy naprawiać Polskę. Platforma Obywatelska postawiła na właściwego człowieka. Jeżeli Rafał Trzaskowski wygrałby wybory prezydenckie, to jako Prezydent RP odgrywałby rolę realnego strażnika Konstytucji.

Dlaczego opozycja się nie zjednoczy,  szukając wspólnych punktów programowych?

W Polsce opozycję tworzą teraz bardzo różne ugrupowania. Od Konfederacji po partię bardzo lewicową, jaką jest Razem. Trudno jest znaleźć wartości, które są wspólne dla wszystkich. „Opozycję demokratyczną” łączy stosunek do dalszej integracji z Unią Europejską, której przeciwna jest jednak Konfederacja. W Koalicji Obywatelskiej mówimy o niskich podatkach i obciążeniach oraz wsparciu dla przedsiębiorców, a partia Razem jest za systemem podatkowym progresywnym. Chcą, aby ludzie, którzy więcej zarabiają, płacili większe podatki. Jakie są punkty wspólne? W większości jest to stosunek do samorządu i decentralizacji państwa, zasada praworządności, czyli odbudowa państwa prawa, niezależny wymiar sprawiedliwości, niezależna prokuratura. W tej sferze jest możliwe porozumienie, co pokazaliśmy w senacie. W senacie opozycja sejmowa zdobyła większość dlatego, że udało nam się znaleźć łączące nas punkty programowe i popieraliśmy jednego, wspólnego kandydata w każdym senackim okręgu wyborczym. Robienie nieco „na siłę” jednej listy wyborczej przy systemie, który dzisiaj mamy, mogłoby być nieskuteczne. Dlatego, że gdy „wrzucamy” wszystkich do jednego worka, może się okazać, że dla części wyborców takie połączenie jest zbyt daleko idącym kompromisem. Skłaniałbym się do tego, by opozycja miała dwie listy wyborcze. Jedną bardziej lewicową, a drugą złożoną z kandydatów o poglądach w centrum.

Jako radca prawny i prawnik, jak ocenia Pan praworządność i wolne media  w Polsce?

Mamy do czynienia z systemowym burzeniem zasady trójpodziału władzy. Najpierw przejęto Trybunał Konstytucyjny i go sparaliżowano. Później do Krajowej Rady Sądownictwa (w sposób niezgodny z Konstytucją) delegowano sędziów częściowo uzależnionych od ministra sprawiedliwości. Potem dokonano zamachu na Sąd Najwyższy, wprowadzając nieuznawaną przez sądy europejskie Izbę Dyscyplinarną. W międzyczasie upolityczniono prokuraturę, robiąc z niej narzędzie podległe władzy wykonawczej. Ten brak niezależności władzy sądowniczej daje rządzącym bezkarność i wpływa na wiele sfer życia. Jeżeli chodzi o media publiczne, to w sposób niezgodny z polską Konstytucją obecna władza przejęła nad nimi kontrolę, tworząc skrajnie polityczny twór. Z Telewizji Publicznej i Polskiego Radia zrobiono organy propagandy rządowej, co widać, patrząc choćby na Wiadomości TVP. To jest coś, co przeczy standardom demokratycznym. Gdyby nie niezależne media i internet, to ta komunikacyjna rzeczywistość mogłaby być jeszcze gorsza.

Co politycy mogą zrobić, żeby Polska stała się krajem bardziej tolerancyjnym ? 

Przede wszystkim powinni zacząć od samych siebie. Dzisiaj politycy PiS mówią rzeczy, które w normalnym, europejskim, cywilizowanym kraju eliminowałyby z życia publicznego. To narracja nieustannego szukania wroga, typowa dla systemów totalitarnych. Tam władza autorytarna szuka wroga choćby w mniejszościach lub w ludziach myślących inaczej niż ona. Władza, która „buduje się” na negatywnych emocjach i podziałach, jest słaba. Jarosław Kaczyńskie wie, że nie ma szans w merytorycznej dyskusji, dlatego nie staje do debat, bazując na emocjach i zastraszaniu. 

Co Pan sądzi na temat ustawy o ochronie zwierząt, która ostatnio trafiła do sejmu? 

Jest to sprytne zagranie Jarosława Kaczyńskiego. Wprowadził ten projekt, żeby uniknąć dyskusji o kompromitacji rządu w walce z COVID-em, o nieprzygotowaniu służby zdrowia w tym zakresie, fatalnym stanie polskiej edukacji i absolutnej zapaści w inwestycjach infrastrukturalnych. Uznał, że debata o zwierzętach będzie dobrą zasłoną dymną tematów niewygodnych dla rządu. Nie wierzę, że Jarosław Kaczyński stał się wielkim miłośnikiem zwierząt, gdy przez pięć lat decyzje o zakazie hodowli zwierząt futerkowych, postulowane przez opozycję, blokował. Ważne jednak, żeby te przepisy weszły w życie i były egzekwowane. My, jako Koalicja Obywatelska, popieraliśmy te rozwiązania. Jestem przeciwnikiem hodowli zwierząt futerkowych oraz występowania zwierząt w cyrkach. 

Czy uważa Pan, że osiągnął już sukces polityczny? 

Polityk, który mówi, że osiągnął sukces, powinien udać się na emeryturę. Zawsze trzeba wymagać od siebie jeszcze więcej. Rolą polityka jest służba ludziom, praca, by świat wokół zmieniał się na lepsze. Jestem zadowolony z przebiegu mojej politycznej drogi. Moim celem jest, aby Polska miała rząd, z którego obywatele będą dumni, którego nie będziemy się wstydzić w Unii Europejskiej i na świecie. Powinien to być rząd ludzi bez kompleksów, nowoczesnych, tolerancyjnych i otwartych na świat. Polityków, którzy nie boją się przeciwstawiać zmianom klimatycznym, nie boją się rozwiązywać trudnych problemów i nie szukają wyimaginowanych wrogów, żeby ukrywać swoje słabości. 

Jakie są Pana rady dla młodych ludzi, którzy pragną odnieść sukces polityczny?

Wychodziłem z prostego założenia, że wszystko trzeba robić po kolei. Najpierw wykształcenie. Przestrzegam młodych ludzi przed pójściem na skróty i angażowaniem się w politykę, zanim zdobędzie się odpowiednie wykształcenie. Ważne jest, żeby mieć merytoryczne podstawy do pracy. Zdecydowałem się kandydować do parlamentu po 9 latach pracy w samorządzie. Byłem najmłodszym radnym w Zabrzu. Dopiero gdy miałem doświadczenie samorządowe, obroniony doktorat i zdany egzamin radcowski, zdecydowałem się na to, aby poprosić o zaufanie ludzi  by móc pracować w parlamencie. To mi się udało. I to jest moja wskazówka dla was — pracować nad sobą, uczyć się i nie iść na skróty. Najgorsze, co można robić w polityce, to iść na skróty. 

Dziękuję Panu bardzo za rozmowę. 

Powodem mojego spotkania z Panem jest realizacja zadania szkolnego o nazwie “Personal Project”. Jestem uczennicą I Liceum Ogólnokształcącego Dwujęzycznego w Gliwicach i “Personal Project” jest obowiązkowym punktem Middle Years Programme realizowanego przez International Baccalaureate Organization w mojej szkole. W następnym roku szkolnym chcę przystąpić do programu matury międzynarodowej Diploma Programme, który również jest w ofercie edukacyjnej I LO. Moim pomysłem na ten projekt jest przeprowadzenie wywiadu z wartościową i interesującą osobą, od której mogłabym się wiele nauczyć. Chciałabym porozmawiać o Pana osiągnięciach, o polityce i o innych, czasem nieoczywistych rzeczach. 

Leave a comment