
Dawid Pietrusiak
W sobotę, po ponad czterech dniach liczenia głosów, główne amerykańskie media ogłosiły, że wybory prezydenckie wygrał kandydat partii demokratycznej Joseph R. Biden Jr. Warto zwrócić uwagę, że są to nieoficjalne informacje, gdyż formalnie prezydent-elekt otrzyma nominację na najważniejsze stanowisko w Stanach Zjednoczonych w grudniu na zjeździe grona elektorskiego. Jednak już teraz można stwierdzić z dużym prawdopodobieństwem, że ostateczny rezultat nie będzie się znacznie różnił od tego podanego przez media. Zwycięstwo duetu partii demokratycznej jest historyczne z wielu względów. Po pierwsze w momencie zaprzysiężenia, tj. 20 stycznia 2021, Joe Biden będzie najstarszą osobą obejmującą urząd prezydenta w historii USA. Po drugie Kamala Harris jest pierwszą kobietą, pierwszą czarnoskórą oraz pierwszą Amerykanką z korzeniami indyjsko-jamajskimi, która zostanie wiceprezydentem USA.
Tak długi czas dzielący dzień wyborów od ogłoszenia rezultatów wynikał z kilku czynników. Główną przyczyną było skrupulatne liczenie niespotykanej dotąd liczby oddanych głosów. Według dostępnych danych w wyborach wzięło udział rekordowo od 150 do ponad 165 mln Amerykanów, co stanowi 66 – 72 % wszystkich mogących oddać głos w wyborach. Porównując dane frekwencyjne z latami ubiegłymi widoczny jest ogromny wzrost, który jest skutkiem polaryzacji amerykańskiej sceny politycznej i mobilizacji elektoratów obu kandydatów. Warto zwrócić uwagę, że po raz pierwszy na tak dużą skalę Amerykanie oddali głos w procedurze wczesnego głosowania, jak i głosowania pocztowego. W taki sposób w wyborach wzięło udział ponad 100 mln obywateli. W niektórych stanach (m.in. w Pensylwanii) koperty z głosami dochodziły do komisji nawet dwa dni po 3 listopada, co uprzednio było zaakceptowane przez władze stanowe i w dużej mierze wydłużyło proces przeliczania głosów w kluczowych stanów wahających się (swing states).
Prognozowanie zwycięstwa jednego z kandydatów było uzależnione od podania wyników swing states, dlatego ostateczna decyzja została ogłoszona po opublikowaniu rezultatu z Pensylwanii. Od wtorkowej nocy prowadzenie w kluczowych stanach zmieniało się z godziny na godzinę. Do najważniejszych, z perspektywy zdobycia 270 głosów elektorskich, należały w tym roku: Arizona, Nevada, Floryda, Georgia, Pennsylvania, Michigan oraz Wisconsin. Już w środowy poranek ostateczny wynik podały władze na Florydzie (29 głosów elektorskich), gdzie wygrał urzędujący prezydent przekonując do siebie, ku zaskoczeniu obserwatorów amerykańskiej sceny politycznej, społeczność Afroamerykanów oraz Latynosów. Nie był to optymistyczny sygnał dla sztabu byłego wiceprezydenta. Ponadto we wszystkich pozostałych swing states głosy były jeszcze liczone, a na prowadzeniu w każdym z nich był Donald Trump.
Niemal we wszystkich z wymienionych powyżej stanów najpierw liczono głosy oddane w sposób tradycyjny, a dopiero potem te pochodzące z wcześniejszego i pocztowego głosowania, co okazało się znaczące dla dynamiki całych wyborów. Po Florydzie oczy całej Ameryki były zwrócone na Michigan i Wisconsin. W 2016 roku porażka Hillary Clinton w tych stanach była powodem ostatecznej przegranej w wyścigu do Białego Domu, dlatego w tym roku sztab Joe Bidena wiedział, że to będą kluczowe miejsca dla wygranej. Początkowe wyniki nie napawały optymizmem Demokratów, ale systematycznie podczas liczenia głosów oddanych drogą pocztową przewaga Trumpa malała, aż w końcu były wiceprezydent wyszedł na prowadzenie i wygrał zarówno w Michigan, jak i Wisconsin zdobywając w sumie 26 głosów elektorskich. Co ciekawe, w tym roku Joe Biden uzyskał niemalże taką samą przewagę nad urzędującym prezydentem w Wisconsin, jak Donald Trump przed czterema laty nad Hillary Clinton.
Prezydent już dzień po wyborach wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że bezapelacyjnie odniósł zwycięstwo. Donald Trump powiedział, że wygrał już w Georgii, Michigan i Pensylwanii. Pominął fakt, iż głosy, szczególnie te pochodzące z wyborów korespondencyjnych, były jeszcze liczone. Wielu komentatorów, a nawet przedstawicieli partii republikańskiej, skrytykowało to wystąpienie. Był to pierwszy akt mający na celu podważenie ostatecznego wyniku wyborów. W kolejnych dniach było już tylko gorzej. Prezydent i jego otoczenie przeczuwając nadchodzącą porażkę w Wisconsin i Pensylwanii ogłosili, że złożą pozwy do sądu żądając ponownego liczenia głosów. Takie działania są jak najbardziej dozwolone, jednakże nie był to ostatni głos prezydenta. W piątek wydał on kolejne oświadczenie bezpodstawnie oskarżając swoich oponentów o fałszowanie wyborów. Wystąpienie Trumpa było pełne kłamstw i niepotwierdzonych informacji, dlatego wiele amerykańskich stacji telewizyjnych przerwało transmitowanie wypowiedzi urzędującego prezydenta.
Jest już pewne, że ponowne liczenie głosów odbędzie się w Wisconsin oraz Georgii, gdzie wygrał lub prowadzi Joe Biden. Jednakże nie będzie to miało wpływu na ostateczny wynik, ponieważ w sobotnie południe czasu wschodniego podano, że były wiceprezydent wygrywa w Pensylwanii, przekraczając próg 270 głosów elektorskich. Tym samym 77-letni Demokrata został prezydentem-elektem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Później ogłoszono również jego zwycięstwo w Nevadzie, czym powiększył swoją przewagę nad Donaldem Trumpem. Ostateczny wynik Joe Bidena może sięgnąć 306 głosów elektorskich, czym powtórzy wynik obecnego lokatora Białego Domu sprzed czterech lat. Nadal trwa jednak liczenie w Arizonie oraz Georgii, gdzie (gdzie prowadzi kandydat partii demokratycznej). Wygrana Bidena jest niemal pewna w obu tych stanach. Co ciekawe, w Arizonie od 1996 roku nie wygrał żaden kandydat demokratów, a w Georgii od 1992. Ostanim przedstawicielem partii demokratycznej, który wygrał w tych stanach był Bill Clinton.
Wygrana w wyborach prezydenckich Joe Bidena z wynikiem ponad 74 mln głosów jest osiągnięciem bezprecedensowym, jednak to samo można powiedzieć o wyniku Donalda Trumpa, który zdobył ponad 70 mln głosów. Zwycięstwo byłego wiceprezydenta jest efektem niesamowitej mobilizacji elektoratu miejskiego i podmiejskiego (ang. suburban), ogromnej niechęci wobec urzędującego prezydenta oraz zmiany demograficznej w Stanach Zjednoczonych. Tradycyjnie konserwatywne południe kraju (tzw. Bible Belt) pod wpływem zwiększającej się społeczności Latynoskiej już teraz staje się bardziej liberalne, co pokazuje stan Georgia. To samo w niedalekiej przyszłości może czekać bastion Republikanów, czyli Teksas. Właśnie dlatego wygrana Trumpa na Florydzie nie zapewniła mu ostatecznego zwycięstwa, jak to miało miejsce w kilku poprzednich wyborach prezydenckich. Do tych wyborców zwrócił się prezydent-elekt w pierwszym, po ogłoszeniu wygranej, przemówieniu. Zapewnił, że będzie prezydentem wszystkich Amerykanów, zarówno tych, którzy go poparli, jak i tych, którzy tego nie zrobili. Bez względu na wynik batalii sądowych i wypowiedzi Trumpa, które dyskredytują wynik, festiwal wyborczy w USA trwający od ponad roku dobiega końca. Teraz przyszedł czas na realne działania przyszłej administracji prezydenta Bidena, ponieważ liczba problemów, które musi rozwiązać jest niesłychanie duża.
