Czy ostatnia debata przed amerykańskimi wyborami może coś zmienić?

Źródło: New York Times

Dawid Pietrusiak

W Nashville, w stanie Tennessee, odbyła się druga i ostatnia debata pomiędzy Donaldem Trumpem i Joe Bidenem. Pamiętając, co miało miejsce podczas ich pierwszego spotkania, oczekiwania względem tego starcia nie były wygórowane. Jednak porównując debaty, większość obserwatorów stwierdziła, że sposób prowadzenia i przebieg drugiej był znacznie lepszy. Dzięki wyciszaniu mikrofonów kandydatów w czasie gdy przemawiał oponent, tym razem udało się uniknąć notorycznego przerywania i wtrącania się do wypowiedzi konkurenta. Ponadto, debata prowadzona przez dziennikarkę telewizji NBC Kristen Welker w większości skupiała się sprawach merytorycznych, czego zdecydowanie brakowało w Cleveland pod koniec września. Pomimo znacznie wyższego poziomu debatowania wielu ekspertów stawia pytanie, czy to spotkanie może coś jeszcze zmienić, mając na uwadze, że Amerykanie oddali już dziesiątki milionów głosów.

W porównaniu do debaty z Cleveland zdecydowanie zmienił swoje wystąpienie urzędujący prezydent. Sposób, w jaki siebie zaprezentował Donald Trump, w znacznym stopniu przeczy wizerunkowi, który w trakcie czteroletniej kadencji wykreował. Zamiast agresywnego przerywania, kulturalnie słuchał swojego konkurenta z partii demokratycznej, wygłaszał odpowiedzi w regulaminowym czasie oraz nie skupiał się na atakowaniu członków rodziny Joe Bidena. Prezydent wiele razy w swoich wypowiedziach wymieniał Karolinę Północną w różnych kontekstach, ale można było dostrzec, że próbuje przekonać do siebie mieszkańców tego stanu, gdzie nieznaczną przewagę w sondażach

ma Joe Biden (+2%). Donald Trump ponownie podkreślił sukcesy swojej administracji w dziedzinie gospodarki i przedstawił siebie jako jedyną osobę, która była w stanie prowadzić dialog z Koreą Północną. Znacząca była również wypowiedź prezydenta w części odnoszącej się do nierówności rasowej. Donald Trump stwierdził, że to on zrobił najwięcej dla poprawienia sytuacji społeczności afroamerykańskiej od czasów prezydenta Abrahama Lincolna. W wielu podsumowaniach debaty eksperci wyraźnie podkreślili, że sposób prezentowania swoich dokonań i pomysłów rzeczywiście znacznie się poprawił, ale zgodność z prawdą wypowiedzi Trumpa pozostawia wiele do życzenia.

Występ Joe Bidena przez pierwsze 60 minut debaty był bardzo dobry z merytorycznego punktu widzenia. Warto zwrócić uwagę, że nie odbiegał od Trumpa pod względem wigoru i ciętych ripost. Jednak pod koniec spotkania kandydat demokratów gubił się w swoich wypowiedziach i nawet spojrzał na zegarek. Takie zachowanie było jedną z przyczyn porażki George’a H.W. Busha w starciu z Billem Clintonem w 1992 roku. W sprawach stricte odnoszących się do swojego programu Biden konsekwentnie atakował urzędującego prezydenta w kwestiach walki z pandemią. Jest to stały punkt kampanii partii demokratycznej, który, jak pokazują sondaże, ma bardzo duże znaczenie dla wyborców. Część debaty poświęconą zdrowiu zdecydowanie wygrał Biden. Wielokrotnie podkreślał, że każdy powinien mieć dostęp do opieki zdrowotnej, nawet jeśli go na to nie stać. Zapowiedział podtrzymanie i rozszerzenie Obamacare dającą taką możliwość. Dobrym punktem było również wytknięcie Trumpowi decyzji dot. rozdzielania rodzin imigrantów, która pomimo wielu apeli organizacji pozarządowych i kongresmenów nie została cofnięta. Kluczowa wypowiedź Bidena w trakcie debaty dotyczyła ograniczenia zapomogi państwa dla branży naftowej. Kandydat demokratów przekonywał, że dopóki nie ograniczy się inwestowania w ropę naftową, nie jest możliwe zatrzymanie zmian klimatycznych. Od razu odpowiedział na to Trump, pytając się wyborców, czy takiego prezydenta chcą. Warto zwrócić uwagę na fakt, że Biden tą wypowiedzią zaprzeczył swoim poglądom zaprezentowanym w trakcie prawyborów w 2019 roku.

Według oficjalnych danych debatę oglądało nieco ponad 63 mln Amerykanów. Jest to wynik znacznie większy niż ten z końca września, ale równocześnie to około 10 mln mniej niż przed czterema laty. Jednakże wielu ekspertów zadaje pytanie, czy ta debata może jeszcze odmienić wyścig do Białego Domu. Zgodnie z przeprowadzanymi sondażami opinii publicznej, ponad 90% wyborców od dłuższego czasu odpowiada, że wie, na kogo zagłosuje i zdania nie zmieni. Ponadto od początku września już trwają wybory — możliwe są tzw. early voting oraz głosowanie drogą pocztową. Dzięki takim możliwościom do czasu drugiej debaty swój głos oddało już ponad 46 mln uprawnionych, co stanowi ¼ wszystkich oddanych głosów w 2016 roku. Jeszcze ważniejszym jest fakt, że aż 4 mln Amerykanów już wzięło udział w wyborach na Florydzie, który jest uważany za najważniejszy ze swing states. Analizując te dane można wyciągnąć prosty wniosek, że debata może nie mieć dużego znaczenia dla wyniku wyborów. Wielu ekspertów podkreśla, że wizerunkowa zmiana Trumpa przyszła zdecydowanie za późno. Nawet prominentni przedstawiciele partii republikańskiej myślą podobnie twierdząc, że strategia prezydenta podczas debaty w Cleveland była błędna. Kolejną sugestią, że debata nie będzie miała wpływu na decyzje wyborców, był opublikowany następnego dnia sondaż w Pensylwanii. Jest to stan, w którym znaczna część ludzi jest zatrudniona w branży naftowej. Wynik tego badania pokazał 7% przewagę Joe Bidena. W porównaniu do poprzednich sondaży w tym stanie nie widać żadnej zmiany nastrojów społecznych.

Przed sztabami dwóch kandydatów ostatni tydzień kampanii wyborczej. Zarówno Joe Biden, jak i Donald Trump kontynuują objazd po kraju, zachęcając swoich rodaków do wzięcia udziału w wyborach. Interesujący jest również fakt, iż do kampanii po stronie demokratów dołączył były prezydent Barack Obama. Odwiedził on wspomnianą wyżej Pensylwanię i Florydę, gdzie przekonywał wyborców, że jego następca nie słucha ludzi i zdecydowanie nie sprawdził się na najważniejszym stanowisku w Stanach Zjednoczonych. Pomimo wszystkich działań ze strony kandydatów sondaże od kilkunastu dni są na tym samym poziomie. Jednakże mając w pamięci analogiczny czas przed czterema laty trudno nie mieć ogromnych wątpliwości odnośnie końcowego rezultatu. Hillary Clinton miała bardzo podobne notowania, jak obecnie Joe Biden i  przegrała, jednak analizując tegoroczne sondaże można stwierdzić, że tym razem sytuacja jest nieco inna. Wyeliminowano główny problem sprzed czterech lat tzn. niedoszacowanie elektoratu Trumpa, białych Amerykanów bez dyplomu uniwersyteckiego, które tak bardzo zaburzyło notowania w 2016 roku.

Najprawdopodobniej już wieczorem 3 listopada czasu amerykańskiego dowiemy się, kto pokieruje Stanami Zjednoczonymi przez kolejne cztery lata. Analitycy i znawcy amerykańskiej polityki twierdzą, że jeśli na Florydzie wygra Joe Biden to jest prawie pewne, że wygra wybory. Nie mniej jednak już teraz można powiedzieć, że powszechna elekcja w USA cieszy się ogromnym zainteresowaniem, co pokazują ogromne kolejki przed lokalami wyborczymi, a debata prezydencka z Nashville pokazała, że kandydaci z dwóch odległych stron sceny politycznej jednak potrafią merytorycznie debatować. 

Leave a comment