
Dawid Pietrusiak
Dzień wyborów w Stanach Zjednoczonych zbliża się wielkimi krokami. Już we wtorek 3 listopada najstarsza demokracja świata wybierze swojego przywódcę, jak również nową Izbę reprezentantów i 1/3 składu Senatu. Teraz już każda informacja i działanie ze strony kandydatów będą miały ogromne znaczenie dla wyników listopadowych wyborów. W mijających dniach głównym tematem dyskusji dziennikarzy, ekspertów oraz polityków nie była bezwartościowa debata w Cleveland, ale dodatni wynik testu na koronawirusa prezydenta Donalda Trumpa. Nie ujmując wagi temu wydarzeniu, jest to tylko jeden z wielu elementów, które będą miały wpływ na obraz ostatnich, według wielu najważniejszych, dni kampanii wyborczej.
Zanim prezydent poddał się testom na COVID-19 uczestniczył w pierwszej debacie wraz ze swoim kontrkandydatem Joe Bidenem. Mając na uwadze wciąż duży odsetek niezdecydowanych wyborców oscylujący w granicach 10 punktów procentowych liczono, że główni pretendenci do objęcia najważniejszego stanowiska w USA zrobią wszystko, aby pozytywnie wypaść w oczach nieprzekonanych. Jednak przedwyborcze spekulacje okazały się niczym w porównaniu z rzeczywistym przebiegiem debaty. Co do jednej rzeczy większość opinii publicznej jest zgodna, mianowicie była to najgorsza debata prezydencka w historii Stanów Zjednoczonych. Ciągłe przerywanie, głównie ze strony Donalda Trumpa, wiele personalnych ataków i mało konkretów to główne zarzuty pod adresem obu polityków.
Pomijając kwestie ciętego języka i braku precyzji w wypowiedziach D. Trumpa i J. Bidena w trakcie debaty wyraźnie zarysowały się strategie sztabów obu kandydatów. Donald Trump skupił się na utożsamieniu przedstawiciela demokratów ze skrajnie lewicowym skrzydłem partii, strasząc tym samym Amerykanów przed socjalizmem, który według Trumpa Joe Biden i jego potencjalni współpracownicy zamierzają wprowadzić. Ponadto prezydent wielokrotnie próbował dyskredytować wiarygodność swojego konkurenta. Temu służyły wypowiedzi pod adresem członków rodziny Bidena, jak również zarzuty o brak samodzielności oraz decyzyjności. Co było do przewidzenia, Trump przedstawił swoją administrację w jak najlepszym świetle chwaląc się wynikami gospodarczymi i wyprodukowaniem w najbliższej przyszłości potencjalnej szczepionki na koronawirusa.
Z drugiej strony, Joe Biden bardzo precyzyjnie pokazywał niewydolność obecnej administracji. Głównym zarzutem wobec administracji Trumpa była jej nieudolność w zwalczaniu pandemii i jej następstw w dziedzinach gospodarki, zdrowia i ochrony socjalnej. Ponadto w sekcji poświęconej sprawiedliwości rasowej kandydat demokratów, jak i prowadzący debatę Chris Wallace z Fox News, wystosowali pod adresem Donalda Trumpa pytanie odnośnie potępienia organizacji promujących supremację rasy białej. Urzędujący prezydent tego nie zrobił. Ponownie zaatakował Joe Bidena za jego rzekomo bliskie kontakty ze skrajnie lewicowymi organizacjami. Warto jeszcze odnotować jeden z największych mankamentów kampanii byłego wiceprezydenta. Jest nim bezwzględne poparcie ruchu Black Lives Matter. Oczywiście idee równouprawnienia ras są jak najbardziej słuszne, ale wykorzystywanie pokojowych marszów w celu używania przemocy i niszczenia mienia wielu Amerykanów ocenia się negatywnie. Prezydent Trump konfrontując Bidena z takim nastawieniem społeczeństwa amerykańskiego, próbował wykreować siebie jako jedynego, który może zaprowadzić prawo i porządek. W tym jednym elemencie Donald Trump okazał się lepszy niż jego konkurent, co pokazują wyniki szczegółowych sondaży.
Debata w Cleveland nie wpłynęła znacząco na notowania obu kandydatów. Wielu niezdecydowanych nie zmieniło zdania po obejrzeniu wzajemnego przekrzykiwania się, oskarżania i przerywania. Jednak, na niecałe trzy tygodnie przed wyborami pozycja Donalda Trumpa nie jest taka mocna. Kilka spraw wpływa na słabe notowania prezydenta. Pierwszą z nich jest ujawniona przez New York Times kwestia podatków Trumpa. Prezydent w ciągu 10 z ostatnich 15 lat nie płacił federalnego podatku dochodowego, a w latach 2015-2016 wpłacił do budżetu państwa tylko 750 $, przy czym sam twierdzi, że zarabia miliony. Drugą sprawą jest słynny wywiad z dziennikarzem Bobem Woodwardem, który ujawnił, że Trump już w marcu zdając sobie sprawę z powagi sytuacji stwierdził, że nie będzie informował opinii publicznej o potencjalnych zagrożeniach i tragicznych skutkach COVID-19. Kwestią, która dopełnia obraz kampanii urzędującego prezydenta było zdiagnozowanie u niego koronawirusa. W związku z tym natychmiast wstrzymano wszystkie kampanijne działania głowy państwa amerykańskiego.
Czas, w którym postawiono diagnozę jest bardzo niekorzystny dla prezydenta. Analizując bieżące dane sondażowe zarówno na szczeblu ogólnokrajowym, jak i stanowym Joe Biden utrzymuje, a w niektórych częściach kraju zyskuje przewagę nad Donaldem Trumpem. Jeszcze gorzej prezentuje się sytuacja w kluczowych dla zwycięstwa stanach (ang. swing states). Przykładowo na Florydzie Biden ma 5 punktów procentowych (p.p.) przewagi, a w Wisconsin i Pensylwanii 8 p.p. Nawet w stanach wygranych w 2016 roku przez Trumpa Joe Biden uzyskuje bardzo dobre wyniki. Dane ze stanów Ohio, Georgia i Północna Karolina pokazują remis ze wskazaniem na byłego wiceprezydenta. Warto wspomnieć, że Donald Trump wygrywał w wyżej wymienionych stanach ze średnią przewagą 3-4 p.p.
Oczywiście wiele innych okoliczności ma wpływ na takie wyniki, ale patrząc na tę sytuację z perspektywy sztabu urzędującego prezydenta, zostało niewiele czasu na odwrócenie negatywnego trendu. Okazją do tego była jedyna debata kandydatów na urząd wiceprezydenta — senator Kamali Harris z Mike Pence’em. Poziom tej dyskusji był nieporównywalnie lepszy od opisywanej powyżej debaty prezydenckiej, ale nie wniósł niczego nowego do wyścigu o Biały Dom. Senator Harris wyliczała błędy obecnej administracji, skupiając się na kryzysie wywołanym koronawirusem, a wiceprezydent Pence podobnie, jak swój szef, wytykał zbytnią lewicowość kandydata demokratów i chęć rozszerzenia składu Sądu Najwyższego przez Joe Bidena.
W tym momencie, na trzy tygodnie przed dniem 3 listopada, sytuacja jest w miarę stabilna dla kandydata partii demokratycznej. Jedyne, co powinien zrobić to utrzymać obecną przewagę w sondażach i nie popełniać błędów. Z kolei sztab prezydenta napotyka coraz więcej problemów. Choroba Donalda Trumpa zatrzymała jego objazd po kraju; tymczasem jego kontrkandydat zbiera dużo więcej funduszy na swoją działalność, które wydaje na reklamy i obecność w stanowych mediach. Na 15 października zaplanowano drugą debatę prezydencką, która decyzją Komitetu organizacyjnego miała odbyć się wyłącznie online. Jednak prezydent i jego sztab nie zgodzili się na taką formę debaty, więc ostatecznie ją odwołano. Problemy Donalda Trumpa są również problemami całej partii republikańskiej, która stawia przed sobą cel utrzymania Senatu pod kontrolą. Dzisiejsze prognozy wskazują nie tylko na znaczną przegraną Trumpa w głosowaniu elektorskim, ale również przejęcie przez partię demokratyczną kontroli nad Senatem, co w połączeniu z większością w Izbie Reprezentantów oznaczałoby pełnię władzy Demokratów i koniec dominacji Republikanów na scenie amerykańskiej polityki. Oczywiście to wszystko są tylko prognozy i wszystko może się jeszcze zmienić, ale takie sygnały o czymś jednak świadczą.
