Jak Feniks z popiołów

Karolina Rybakowska

Zaczęło się od kryzysu bankowego, który z czasem przerodził się w załamanie gospodarcze, trwające do chwili obecnej. Liban jest jedynym państwem w regionie Bliskiego Wschodu, które mierzy się ze zjawiskiem hiperinflacji. Krzywa bezrobocia i ubóstwa idą łeb w łeb, a to nie koniec dramatycznych statystyk. Stan gospodarki Libanu diametralnie pogorszył się po wybuchach z 4 sierpnia br. Eksplozje 2750 ton azotanu amonowego odebrały życie ponad 220 osobom, pozostawiły około 6 tysięcy rannych, a ponad 300 tysięcy osób straciło dach nad głową. Fala zniszczeń pochłonęła także 120 szkół, 6 szpitali oraz dużą część klinik. Przed Libanem stoi zatem niemałe wyzwanie: zebranie rozsypanego na drobne części Bejrutu i poukładanie go od nowa. “Nawiązując do legendy, Bejrut został zniszczony siedem razy i tyle samo razy powstał z popiołów.” – powiedziała Amal Mudallali, libańska dyplomatka. Dodała jeszcze: “Odbudujemy go ponownie, ale nie zrobimy tego sami.” Czy stolicę Libanu rzeczywiście uda się wybudować od nowa?

Zniszczenia wyceniane są na kwotę 15 miliardów dolarów, dlatego zgodna z prawdą jest wypowiedź Mudallali, że Libańczycy nie poradzą sobie sami ze skutkami katastrofy. Biorąc pod uwagę m.in. stan gospodarki kraju, niezbędna jest pomoc z zewnątrz. Społeczność międzynarodowa, zanim jednak udzieli wsparcia – stawia warunki. Narzucone wytyczne dotykają sprawy fundamentalnej, bo ustroju państwa. Hipokryzja i korupcja, wynik źle funkcjonującego ustroju, od lat trawią politykę Libanu i to one doprowadziły do wybuchów z 4 sierpnia, a nie żadna z początkowo podejrzewanych stron. Trump sugerował na Twitterze: to zamach! Tak – to zamach, ale nie Hezbollahu, Dżihadystów czy Państwa Izrael, lecz zamach władzy libańskiej na praworządność własnego kraju i jego obywateli. Po wizycie Macrona w Bejrucie, wielu Libańczyków zwróciło się z nadzieją w stronę Francji, licząc na uzyskanie wsparcia. Wynikiem tego miała być petycja podpisana przez ponad 50 tysięcy obywateli, by ich państwo znalazło się pod francuskim mandatem na następne 10 lat. Co zabawne, owe 50 tysięcy podpisujących prawdopodobnie zapomniało o tym, kto skonstruował ustrój, który obecnie prowadzi do paraliżu administracji państwowej oraz rządowej. Pakt Narodowy, czyli układ o podziale władzy, wszedł w życie wraz z uzyskaniem przez Liban niepodległości w 1943 roku i ustanowił schemat, według którego obsadzane są stanowiska państwowe oraz rządowe. Prezydentem kraju musi być chrześcijanin maronita, premierem muzułmanin sunnita, a szefem parlamentu – muzułmanin szyita. W porozumieniach wspólnot religijnych z lat 1989 i 1992 ustalono równy podział tek ministerialnych, wyższych stanowisk w administracji państwowej oraz miejsc w parlamencie między przedstawicieli ludności muzułmańskiej i chrześcijańskiej. 

System podziału miejsc w parlamencie w zależności od wyznawanej religii nosi nazwę konfesjonalizmu. Poprzez niego, działalność libańskich instytucji politycznych została zahamowana, a kraj pozostał uzależniony od garstki przywódców religijnych, którzy zazwyczaj dziedziczyli władzę po swoich ojcach. System ten stał się jedną z głównych przyczyn wojny domowej, która trwała od 1975 do 1990 roku. Po niej, dawni przywódcy milicji, głównie maronici, przejęli kontrolę nad różnymi ministerstwami i instytucjami publicznymi oraz rozszerzyli swoje sieci wpływów na pozostałe obszary funkcjonowania państwa. Rządowe miejsca pracy, kontrakty i inne zasoby są nadal przydzielane przez grupy religijne — proces znany w języku arabskim jako muhasasa. Ponieważ system polityczny jest oparty na konsensusie, żadne decyzje nie mogą być podejmowane bez zgody wszystkich (“żadnego zwycięzcy i żadnego pokonanego”).

Partie polityczne korzystają często z pomocy zewnętrznych sojuszników w celu pokonania rywali, co sprawia, że Liban jest słaby i zależny od obcych mocarstw. Paraliż administracji uwydatnił się m. in. poprzez kryzys “śmieciowy” z 2015 roku, katastrofę ekologiczną z 2019 roku czy tegoroczne przerwy w dostawach prądu, które trwały po 20 godzin. Nic dziwnego zatem, że Libańczycy się buntują. Na domiar wszystkiego, polityka Libanu charakteryzuje się ciągłym przerzucaniem odpowiedzialności – między politykami, frakcjami politycznymi, a jeśli to nie poskutkuje – finalnie wszystkiemu winny jest system, który “wyszedł spod kontroli” (a jeśli i to zawiedzie – obwinianie są siły zewnętrzne). Który z polityków pozwolił tykającej bombie tykać przez 7 lat? – bo tym właśnie były składowane ładunki wybuchowe w porcie. Prezydent Michel Aoun zadeklarował kilka dni po wybuchach: “nie ponoszę za nie odpowiedzialności” i choć prezydent chciał uniknąć wszelkich konsekwencji, to wybuchy skutecznie obaliły rząd premiera Hassana Diaba. Diab ogłosił swoją rezygnację tydzień po eksplozjach. Upadek jego gabinetu nie zmieni jednak kursu Libanu – praktyka wzajemnego przerzucania odpowiedzialności trwa, a liderzy religijni i partie, które przez dziesięciolecia dominowały w polityce libańskiej, powołały właśnie kolejny rząd. Politycy libańscy nie zamierzają reformować władzy. Będą trzymać się sprawdzonych metod i środków, tak jak to robili to dotychczas.

Bejrut sprzed wybuchów 4 sierpnia to symbol nieskutecznej władzy. Z pomocą z zewnątrz możliwe jest jego odbudowanie, ale nie ulega wątpliwości, że nikt już dawnej stolicy Libanu nie chce. Lata frustracji eksplodowały wraz z tonami azotanu amonowego. Nadzieja na zmianę leży jak zwykle, nie po stronie rządzących, a po stronie zwykłych obywateli. Dzisiaj Libańczycy wychodzą na ulice sprzątać gruzy rozsypanego miasta, a kto wie, może jutro wyjdą na ulice znowu walczyć o zmianę.

Leave a comment