
Julia Zalewska-Biziuk
Od 9 sierpnia, kiedy do publicznej wiadomości podano oficjalne wyniki wyborów prezydenckich na Białorusi, nie ma dnia bez protestów Białorusinów domagających się ustąpienia Łukaszenki. Niewiele rzeczy na świecie inspiruje tak bardzo, jak widok setek tysięcy ludzi wychodzących na ulicę i walczących o zmianę. I nic tak nie przeraża wszelkiej maści dyktatorów. W cieniu protestów przelewających się przez Mińsk i pozostałe białoruskie miasta, na dalekim wschodzie Rosji, w mieście Chabarowsk, odbywają się manifestacje przeciwko polityce Kremla.
Rządzący, których legitymacja władzy głównie opiera się na monopolu na przymus i braku skrupułów, by z niego korzystać, rządzą poprzez strach i są skazani na ciągłe życie w nim. Zdają sobie sprawę, że obywatele w pewnym momencie będą mieli dość ich autorytarnej, rabunkowej polityki i wystąpią przeciw nim. Wtedy ostatnią deską ratunku dyktatora jest lojalność wojska i policji. Jeśli służby, zamiast służyć interesom jednego człowieka, opowiedzą się po stronie obywateli, pozbawią go władzy. Jeśli taki człowiek straci władzę — poniesie konsekwencje swoich czynów. Dlatego prezydent Rosji, Władimir Putin, wciąż nie odwołał się do rozwiązań siłowych w stosunku do protestujących od lipca w Chabarowsku; wie, że jeśli w sposób nieuzasadniony użyje siły, by stłumić manifestacje, sytuacja w państwie stanie się bardziej napięta, a może i protesty rozleją się na inne części Rosji. Obawia się analogicznej sytuacji do tej na Białorusi.
Egzystencja polityczna Łukaszenki w obecnej sytuacji opiera się na trzech filarach: lojalności służb mundurowych, wsparciu ze strony Rosji oraz szerokiej propagandzie wymierzonej głównie przeciwko Litwie, Ukrainie, Czechom i Polsce. Po spotkaniu z premierem Rosji Michaiłem Miszustinem Łukaszenka poinformował o rozmieszczeniu “praktycznie połowy armii” przy granicy Białorusi z Litwą i Polską, uzasadniając to zagrożeniem agresji zewnętrznej ze strony NATO. Jego zdaniem państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego, przede wszystkim Polska, rozważają zajęcie obwodu grodzieńskiego. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością, a służy jedynie jako olej napędowy propagandy Łukaszenki, według której protesty na Białorusi są wynikiem manipulacji społeczeństwem białoruskim przez zagranicę, w związku z czym stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa i suwerenności Białorusi.
Z ryzykiem podobnego kryzysu politycznego jak na Białorusi mierzy się teraz Władimir Putin w Rosji. Przez ulice Chabarowsku z tygodnia na tydzień maszerują dziesiątki tysięcy osób w wyrazie protestu przeciwko aresztowaniu ich lokalnego gubernatora i zbyt dużej ingerencji Moskwy w sprawy miasta. Gdyby protesty miały się rozprzestrzenić w Rosji, najprawdopodobniej stałoby się to za sprawą Aleksieja Nawalnego, głównego opozycjonisty obecnej administracji. Prowadzi popularny kanał na YouTubie, na którym opowiada o korupcji i nadużyciach władzy. Władimir Putin w obliczu sytuacji na Białorusi i braku pomysłów na rozwiązanie problemu musiał zneutralizować to ryzyko. Dlatego Nawalny leży teraz w szpitalu w Berlinie.
Z kolei główna kontrkandydatka Łukaszenki w wyborach prezydenckich na Białorusi, Swiatłana Cichanouska, obecnie przebywa z dziećmi na Litwie. Mimo że według “oficjalnych” wyników zdobyła jedynie 10% głosów, w rzeczywistości wygrała te wybory. Wie o tym duża część społeczeństwa białoruskiego. Sama Cichanouska w czasie wywiadu z Anitą Werner dla TVN24 podkreślała, że protestujący nie są opozycją, a większością w państwie. Odnosząc się do kilkusettysięcznych protestów powiedziała, że Białorusini pokazują światu “cud samoorganizacji”. Z jej inicjatywy powstała Rada Koordynacyjna ds. Przekazania Władzy na Białorusi, której celem jest koordynacja pokojowego i uporządkowanego odebrania władzy od urzędującego prezydenta Alaksandra Łukaszenki oraz jak najszybsze przeprowadzenie nowych, wolnych i uczciwych wyborów prezydenckich.
Brak Cichanouskiej na Białorusi nie oznacza, że tzw. opozycja została pozbawiona lidera. Nie licząc 51 członków samej Rady Koordynacyjnej, wśród których znajdują się tak prominentne postaci, jak Swiatłana Aleksijewicz, laureatka literackiej Nagrody Nobla, istnieje wielu innych potencjalnych kandydatów gotowych stanąć naprzeciw Łukaszenki. Co prawda, po 26 latach dyktatury na Białorusi brakuje prawdziwej, poważnej i prodemokratycznej siły politycznej. Jednak nie tylko Cichanouska jest postrzegana jako kandydat na lidera opozycji. Są nimi prorosyjscy politycy, jak Oleg Gaidukevich, dla którego priorytetem jest utrzymanie dobrych relacji z Rosją czy Viktor Babariko, obecnie będący więźniem politycznym. Od Babariki wyszła inicjatywa stworzenia Partii Razem. Cichanouska zapytana o tę inicjatywę przez Anitę Werner nazwała ją pozytywnym procesem demokratycznym. Jednak samego Babarikę krytykuje, gdyż uznał oficjalne wyniki wyborów i proponując jedynie reformy konstytucyjne, odwraca uwagę Białorusinów od głównego problemu, jakim jest konieczność ustąpienia Łukaszenki. Innym prorosyjskim liderem mógłby zostać Valery Tsepkalo, który wystosował otwarty list do Władimira Putina z prośbą o zaprzestanie udzielania wsparcia Łukaszence; apeluje również do zachodnich państw o wsparcie protestujących.
Nie tylko prorosyjscy politycy mają szansę się wybić na lidera na Białorusi. Są też potencjalni przywódcy o poglądach wyraźnie proeuropejskich, jak na przykład Andréi Sánnikov, były deputowany minister spraw zagranicznych i lider Inicjatywy Białorusi Europejskiej, Alexander Milinkevich lider Ruchu dla wolności czy Volha Kavalkova, utrzymująca bardzo dobre kontrakty z Brukselą. Innym kandydatem mógłby być Pavel Latushko, były minister kultury, jedna z popularniejszych postaci protestów; należy do prezydium Rady Koordynacyjnej stworzonej przez Cichanouską.
Ważną rolę w kształtowaniu się nowej państwowości Białorusi mogą odegrać politycy określający się jako nacjonalistyczni. Inne opcje polityczne lubią nazywać ich ekstremistami czy nawet nazistami. Głównym celem nacjonalistów ma być “przywrócenie należytego statusu” językowi białoruskiemu i odebranie takowego językowi rosyjskiemu. Język rosyjski od czasu referendum w 1955 jest uznawany za drugi język państwowy. Nacjonaliści będą chcieli reprezentować tę część białoruskiego społeczeństwa, która czuje się wykluczona i dyskryminowana przez obecną administrację. Takim politykami mogą być Zianon Pazniak czy Pavel Seviarynets, który od dekad bierze udział w organizacji ruchów probiałoruskich. Prawdopodobnie mogliby liczyć na poparcie ze strony wykształconej, mówiącej w języku białoruskim części społeczeństwa. Jeśli jednak okażą się zbyt konserwatywni, zniechęcą do siebie część potencjalnego elektoratu, tak jak to zrobił Pavel Seviarynets, nazywając homoseksualizm chorobą i twierdząc, że osoby nieheteronormatywne powinny być wykluczane z ruchów prodemokratycznych. Napewno na głównej scenie politycznej zawita również polityk, który będzie chciał kontynuować kurs polityczny Łukaszenki, ale w sposób bardziej “demokratyczny”, na przykład obecny minister spraw zagranicznych Władimir Makiej.
Niewykluczone, że Łukaszenka przy wsparciu sił mundurowych i administracji rosyjskiej będzie po prostu kontynuować rządy przez kolejną kadencję, udając bardziej umiarkowanego i demokratycznego przywódcę, na co sam bardzo liczy. Jednak Białorusini nie chcą kontynuacji polityki Łukaszenki i nie kupują jego narracji, zgodnie z którą protesty odbywają się na skutek zmowy państw NATO i mają związek z ich zakusami terytorialnymi względem Białorusi.
Zarówno Aleksandr Łukaszenka 26 lat temu, jak i Władimir Putin 20 lat temu przejmując władzę, obiecywali zapanować nad chaosem powstałym w rezultacie rozpadu Związku Radzieckiego. Obiecywali przywrócić porządek, rządy prawa i dobrobyt. Władimir Putin w swoich przemowach często odwoływał się do konieczności odzyskania przez Rosję chwały i bogactw z czasów imperiów carskiego i radzieckiego. Nad odzyskaniem dawnej “chwały” i pozycji politycznej przez Rosję nie trzeba się rozwodzić. Sytuacja geopolityczna świata jest inna niż 100 lat temu i Rosja nie jest już mocarstwem. Z drugiej strony sytuacja ekonomiczna obu państw od momentu katastrofy gospodarczej z końca lat 80. uległa wyraźnej poprawie. Choć jest to nie tyle zasługa polityki Łukaszenki czy Putina, a szczęśliwego zbiegu okoliczności; w czasie, gdy obaj przejmowali władzę w swoich państwach, ceny ropy naftowej szły mocno w górę, a od cen tego surowca w dużej mierze zależy stabilność gospodarek Rosji i Białorusi.
Władimirowi Putinowi przez ostatnie 20 lat nie udało się zdywersyfikować gospodarki Rosji, uniezależnić jej w większym stopniu od produkcji paliw czy zdynamizować procesów gospodarczych. Fakt, że na najwyższych szczeblach przemysłu i instytucji finansowych w Rosji i na Białorusi znajdują się wyłącznie ludzie powiązani z administracją nie pomoże. W tym roku rosyjska gospodarka przyjęła dwa potężne ciosy — jeden związany z pandemią, a drugi z gwałtownym spadkiem cen ropy. Z kolei gospodarka Białorusi w znacznej mierze opiera się na eksporcie produktów rafinowanych z ropy naftowej, którą Białoruś kupuje od Rosji po znacznych zniżkach. Zła sytuacja gospodarcza w Rosji jest nieuchronnie związana z analogiczną sytuacją na Białorusi. Obecnie Białorusini narzekają na rosnącą inflację, bezrobocie i niskie płace.
Aleksandr Łukaszenka i Władimir Putin obiecywali swoim obywatelom stabilizację gospodarczą, powrót do chwały i potęgę; jednak jedyne co im się udało, to stworzenie iluzji tego wszystkiego, którą tak ochoczo pokazują za pomocą państwowych mediów i propagandy. Przemieszczanie się po Mińsku z karabinem AK-47 czy jazda na białym koniu bez koszulki po bezdrożach Syberii jednak nie przywrócą tej chwały, o jakiej z nostalgią wypowiada się prezydent Rosji. Co do Łukaszenki, jego losy w dużej mierze zależą od decyzji, jakie podejmie Władimir Putin, a wiadomo, jak mówi stare przysłowie: łaska pańska zawsze na pstrym koniu jeździ.
