Jak Orban niszczył wolne media i czy repolonizacja to powtórzenie jego ścieżki

Źródło: Gazeta Wyborcza

David Mielewczyk

Przegrana Fideszu w wyborach parlamentarnych na Węgrzech w 2002 roku – to wówczas narodziło się przekonanie Viktora Orbana o konieczności posiadania “swoich mediów”, jeżeli chce się stabilnie rządzić państwem. Ścieżka była długa, scenę medialną na Węgrzech nie przebudowano jednym aktem legislacyjnym, ale systematycznym przejmowaniem i wywieraniem nacisków finansowych, bardzo istotne w tej sprawie pozostają także związki Orbana z węgierskimi oligarchami. Docieramy jednak do dnia dzisiejszego, gdy we władaniu związanych z Orbanem biznesmenów pozostaje 475 węgierskich tytułów prasowych, zaś na dwa największe niezależne serwisy informacyjne wywierana jest silna presja finansowa. Jeden z nich, index.hu, został w zeszłym miesiącu już de facto wzięty pod but władzy. Przymuszony do dymisji został jego redaktor naczelny, Szabolcs Dul, zaś 82 pracowników redakcji, w geście protestu złożyło rezygnacje. Było to bezpośrednią przyczyną głośnych, wielotysięcznych demonstracji na ulicach Budapesztu. Protesty jednak nie mają już większego znaczenia, los mediów na Węgrzech, ze względu na parę specyficznych uwarunkowań, jest przesądzony, nie ma co do tego wątpliwości. Rodzi się jednak w tym miejscu analogia związana z powyborczą zapowiedzią polskiego rządu dotyczącą “repolonizacji mediów”, dla złagodzenia odbioru nazywaną również “dekoncentracją”. A precyzyjniej, czy w przeciwieństwie do Węgier, przeciwnicy rządu i niezależne media będą miały odpowiednie instrumenty, mogące zatrzymać realizację “Budapesztu w Warszawie” w wymiarze medialnym.  

 
Żeby precyzyjnie nakreślić przebieg kształtowania się obecnego ładu medialnego na Węgrzech, należy cofnąć się do wspomnianych już wyborów w 2002r. Wtedy to Viktor Orban, nie uzyskawszy reelekcji (Fidesz rządził na Węgrzech w latach 1998-2002), za główny powód porażki uznał fakt nieposiadania przychylnych sobie mediów. Ówczesny dobry znajomy Orbana, oligarcha Lajos Simicska stał się architektem powstałego w ciągu kilku następnych lat konsorcjum medialnego, będącego w założeniu medialnym zapleczem Fideszu. W jego skład wchodziła telewizja Hír TV, radio Lanchíd, tygodnik „Heti Válasz” oraz „Magyar Nemzet”, gazeta z długoletnią tradycją. Kolejne wybory w 2006 roku Orban ponownie przegrał, jednakże niedługo po nich wybuchła afera, będąca punktem zwrotnym w węgierskiej polityce. Powodem jej był wyciek taśm ze spotkania ówczesnego premiera Ferenca Gyurcsányego ze swoimi współpracownikami. “Kłamaliśmy przez ostatnie półtora-dwa lata. Było oczywiste, że to co mówimy, to nie jest prawda, a przez ostatnie cztery lata nie zrobiliśmy nic. Nic!”, “Pier….ny kraj [o Węgrzech – red.]” – to tylko niektóre z licznych pieprznych cytatów z taśm. Wywołały one prawdziwy skandal na Węgrzech oraz wielkie oburzenie węgierskiego społeczeństwa. Przez kraj przetoczyła się fala protestów, niekiedy bardzo burzliwych. Na jednym z nich podpalono budynek telewizji publicznej oraz samochody stojące na jego parkingu. Pomimo wielkiej burzy społecznej i gwałtownego spadku popularności premiera i jego partii, nie ustąpił on ze stanowiska. To tylko umocniło Viktora Orbana, a także media Simiciska. Jego telewizja Hír TV była bowiem jedyną, która antyrządowe manifestacje transmitowała. To wszystko przełożyło się na miażdżące zwycięstwo Fideszu w wyborach w 2010 roku – partia Orbana zdobyła większość konstytucyjną. Samą partię premiera Gyurcsányego – Węgierską Partię Socjalistyczną, uznano rok później za organizację przestępczą. Na rynku medialnym jednak doszło wówczas do zupełnie nieoczekiwanego zwrotu.  

Wolta mediów Simicska 

Viktor Orban, czujący zagrożenie z powodu rosnących wpływów Lajosa Simicska, wypowiedział mu wojnę. Pozbawił go dotacji na budowę dróg, a także reklam rządowych w jego mediach. Zwłaszcza te ostatnie do dziś są bardzo istotne i stanowią główne źródło finansowania prorządowych mediów. Rozwścieczony Simicska w bardzo krótkim czasie zupełnie odwrócił narrację swoich mediów, ze sprzyjających Fideszowi, do sprzyjających Jobbikowi, największemu rywalowi partii Orbana. W odpowiedzi na to, Premier Węgier w 2015 roku wezwał przedsiębiorców “którym leżą na sercu węgierskie interesy” do założenia mediów o narracji “prowęgierskiej”. Efektem tego było powstanie w 2015 roku gazety “Magyar Idők”. Co istotne dla zobrazowania relacji Orbana z węgierskimi oligarchami, założyciel tej gazety ledwie parę miesięcy wcześniej wygrał przetarg na narodowe sklepy tytoniowe. Rok później Lőrinc Mészáros, biznesmen powiązany z Fideszdem przejął, a następnie zamknął największą opozycyjną gazetę na Węgrzech – dziennik „Népszabadság”; działanie takie stanowi po dzień dzisiejszy bardzo częstą praktykę i sposób na uporanie się z nieprzychylnymi mediami przez rząd. Prawdziwy przełom w przebudowie węgierskiego rynku medialnego to jednak rok 2018.  

Dokręcenie śruby 

W wyborach parlamentarnych w 2018, Fidesz uzyskał prawie 50% głosów, zostawiając daleko w tyle drugi Jobbik z wynikiem 19%. Ponownie uzyskał większość konstytucyjną. W obliczu takiej sytuacji Lajos Simicska publicznie przyznał, że pokonanie Orbana nie jest możliwe, zatem on całkowicie wycofuje się z rynku medialnego. I rzeczywiście, ledwie parę godzin po tym oświadczeniu przestało nadawać jego radio “Lanchíd”, dzień później zaprzestano wydawania “Magyar Nemzet”, a miesiąc później – tygodnika “Heti Válasz”. Telewizja Hir TV połączyła się z Echo TV i obecnie jest prorządowym kanałem. Było to ostateczne zwycięstwo Orbana w wojnie z Simiciską, a także początek końca pluralizmu wśród węgierskich mediów. Znacznie ułatwiło to bowiem założenie rok później “Środkowoeuropejskiej Fundacji Prasy i Mediów”, zrzeszającej 475 tytułów prasowych, i tym samym przejęcie niemalże stuprocentowej kontroli nad węgierskim rynkiem medialnym. Zdaniem Dominika Héjja, polskiego naukowca zajmującego się tematyką Węgier, sens założenia takiej fundacji wynika bezpośrednio z doświadczenia Orbana wojną z Simiciską. Ma ona po prostu zapobiegać tego typu buntom oligarchów w przyszłości; zrzeszeni w fundacji musieli oni zrzec się zwierzchnictwa nad nimi. W zamian jednak, ich tytuły otrzymują opiewające na hojne sumy rządowe zlecenia reklamowe. 

Dziś, ostatnie niezależne media na Węgrzech to przede wszystkim serwisy internetowe. Takim był index.hu, podobnie jak w opisanym przypadku dziennika „Népszabadság” wrogo przejęty przez biznesmena powiązanego z Fideszem. Prezes drugiego największego, niezależnego serwisu informacyjnego 24.hu, Zoltán Varga w rozmowie z Politico i Onetem wyraził pewność, że jego serwis będzie następnym celem władzy. Na Węgrzech dziś nie ma już racjonalnych powodów by twierdzić, że cokolwiek może powstrzymać Orbana przed dalszym zabijaniem niezależności prasy. Na silne poparcie, jakim się cieszy należy spojrzeć nieco inaczej – przez pryzmat braku realnych przeciwników. Fidesz przegrywa jedynie w Budapeszcie, w reszcie kraju cieszy się niesłabnącą popularnością. Toteż protesty w stolicy, jak ten z zeszłego miesiąca, nigdzie indziej w obrębie kraju praktycznie nie mają poparcia. Orban, w trakcie dziesięciu lat swoich nieprzerwanych rządów, zdążył także przejąć każdy wewnętrzny organ, mogący stanowić barierę dla jego rządów. Również i Unia Europejska, z racji de iure niezależnej struktury Środkowoeuropejskiej Fundacji Prasy i Mediów, rozkłada ręce. Nie inaczej sprawa się ma w samorządach, które poza Budapesztem również zdominowane są przez Fidesz. W Polsce, tak często przez prasę światową porównywanej do Węgier, jest 78 miast, których prezydent jest z nadania opozycyjnego. Sympatie polityczne Polaków w skali kraju nie są również aż tak ujednolicone; w geograficznym ujęciu rozkłada się to na wschód i małe ośrodki, gdzie wygrywa PiS oraz zachód i średnie i duże ośrodki, gdzie wygrywa opozycja. Pomimo tego, absolutnie nie należy lekceważyć najnowszych zapowiedzi PiS-u ws. “repolonizacji mediów”. Na gruncie polskim jednak przejęcie mediów jest nieco bardziej skomplikowaną sprawą. 

Repolonizacja – propaganda a fakty 

Pomysł “repolonizacji” pojawiał się już w przestrzeni publicznej nieraz, według pierwotnych planów miał być częścią pierwszej kadencji rządów PiS. Żeby zrozumieć w pełni zapał partii rządzącej do przemeblowania sceny medialnej, należy cofnąć się do czasów, gdy stanowili oni opozycję wobec rządów PO-PSL. Stałym elementem spinu tej partii było wówczas utyskiwanie na “wrogie media”, naturalnie we władaniu niemieckim, które stale rzucały PiS-owi kłody pod nogi. W przeciwieństwie jednak do Orbana, Kaczyński nie miał za sobą tylu majętnych i wpływowych ludzi, mogących prywatnie zrewolucjonizować rynek medialny na jego korzyść. Już sama wartość rynkowa spółek medialnych działających w Polsce, z racji znacznie większej liczby odbiorców, jest o wiele wyższa od tych węgierskich, co już czyni takie działanie w praktyce niemożliwym. Najbardziej skutecznym zatem z punktu widzenia Prawa i Sprawiedliwości rozwiązaniem jest próba wpłynięcia na kształt rynku medialnego za pomocą regulacji prawnych – tym właśnie będzie repolonizacja. Na tym jednak kończą się konkrety w tej sprawie. PiS nie przedstawił bowiem dotąd ani projektu ustawy, ani nawet konkretnego nań pomysłu, co czyni dyskusję o repolonizacji nieco mglistą. Pojawiały się jednak nieoficjalne informacje o planach Nowogrodzkiej, i to na nich oprę analizę możliwości jej przeprowadzenia i skuteczności. Zanim jednak o możliwych scenariuszach przebiegu repolonizacji, pochylę się nad najczęściej pojawiającymi się ze strony rządowej argumentami w dyskusji nad koniecznością jej realizacji. 

Pierwszy z nich – “inne kraje unijne, takie jak Francja i Niemcy, mają już w swoim prawodawstwie podobne zapisy”. Nie. Jest to jeden z najczęściej pojawiających się argumentów w dyskusji i w zupełności fałszywy. Jedną z naczelnych zasad rynku wewnętrznego UE jest swoboda przepływu kapitału, nie ma więc możliwości jakiegokolwiek jego blokowania przez państwa członkowskie. Dotyczy to również rynku medialnego. Skąd więc taki argument? Ano stąd, że faktycznie ład medialny np. we Francji zbudowany jest przede wszystkim ze spółek francuskich, obcym graczom niezwykle trudno tam zaistnieć. Nie jest to jednak zasługa żadnej ustawy blokującej czy ograniczającej udział obcego kapitału w tamtejszym rynku, ale procesu, trwającego długie lata, który zabetonował rynek francuski w obecnym kształcie. We Francji wolne media funkcjonują nieprzerwanie od ponad stu lat (z wyłączeniem okresu Francji Vichy). W Polsce dopiero od trzydziestu. Nic więc dziwnego, że polski rynek będzie znacznie mniej stabilny, i podatny na wykupywanie przez zagraniczne spółki. Ale mimo to i tak nie jest on obecnie w jednolitym władaniu żadnego podmiotu. Największe spółki medialne funkcjonujące w Polsce rozproszone są pomiędzy wielu graczy, także pod względem pochodzenia narodowego. Kolejnym zatem kłamstwem, a powielanym przez obóz rządzący, jest rzekomy monopol niemieckich właścicieli na polskim rynku medialnym. A czemu to akurat Niemcy pełnią w przekazie PiSu rolę głównego wroga, myślę, że każdy wie, i nikomu nie trzeba tłumaczyć. 

Pod tym linkiem znajduje się struktura polskiego rynku medialnego pod względem własności i wartości. Źródło: Dziennik Gazeta Prawna 

Drugi z nich to próby dowodzenia rzekomej zależności między zagranicznym posiadaniem danego medium, a jego linią polityczną. Bo rzeczywiście, większość mediów na świecie ma określoną linię światopoglądową, na podstawie której stara się przekazywać widzom, mniej lub bardziej subtelnie, ocenę prezentowanych wydarzeń. Fox News, CNN, BBC, The Guardian, Le Monde, Der Spiegel, Frankfurter Allgemeine Zeitung czy wreszcie Gazeta Wyborcza, Newsweek Polska, Tygodnik NIE, Tygodnik Sieci – wszystkie te gazety z różnych zakątków świata, również te pochodzące z rozwiniętych demokracji, mają swoje ukierunkowanie światopoglądowe, zjawisko to zatem nie jest niczym nadzwyczajnym. Problematyczne jednak są już twierdzenia, jakoby media w posiadaniu zagranicznym miały tendencję do “antypolskości” – dokładnie takiego słowa używali w tym kontekście czołowi politycy obozu rządzącego. Po pierwsze, nie ma i nikt nigdy nie wykazał takiej zależności. To, na co PiS w tej sprawie wskazuje, to zwykła, dopuszczalna w ramach obowiązku dziennikarskiego, krytyka rządu. Nikt nigdy nie udowodnił, że media o kapitale zagranicznym, ich treść, posiada znamiona płynnie rozumianego “antypolonizmu”. Po drugie, twierdzenia takie sugerują jednocześnie, że należy tylko oddać je w ręce polskich właścicieli, a wszystko będzie w porządku. Czy zatem Tygodnik NIE i Gazeta Wyborcza, dwie gazety o stuprocentowej własności polskiej, są według PiS-u wyznacznikiem patriotycznej rzetelności dziennikarskiej? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista i ukazuje dobitnie absurdalność argumentacji obozu rządzącego o konieczności repolonizacji mediów. Bardziej zainteresowanych rozkładaniem na czynniki pierwsze propagandy rządowej w tej sprawie odsyłam do artykułu Łukasza Warzechy – “Niebezpieczny plan PiS – pozbyć się niewygodnych dla władzy mediów” który ukazał się w serwisie Onet. Ja w tej chwili przejdę do analizy pojawiających się ze strony rządowej pomysłów na przeprowadzenie repolonizacji. 

Propagandowy sukces, faktyczna kapitulacja 

Co zatem PiS może w tej sprawie, na co mu pozwalają przepisy wewnętrzne i unijne? Jak już wspomniałem, niemożliwe jest zablokowanie czy ograniczenie przepływu kapitału pochodzącego z państw unijnych, zatem o pozbyciu się “niemieckich mediów” z Polski można zapomnieć. Teoretycznie możliwa jest próba takiego zablokowania dla kapitału spoza UE, np. amerykańskiego. “Największa partia opozycyjna”, jak nazywają między sobą stację TVN politycy obozu rządzącego, przynależy w końcu do amerykańskiej spółki Discovery. Czy jest ktoś jednak w stanie sobie wyobrazić, przy obecnym charakterze polskiej polityki wobec USA, że PiS naprawdę odważyłby się to zrobić? W czerwcu br. wystarczyło parę ataków TVP na TVN, żeby Ambasador USA w Polsce, Georgette Mosbacher, publicznie stanęła w obronie medium amerykańskiego. PiS, jak ocenił prof. Roman Kuźniar z Uniwersytetu Warszawskiego, sprowadził Polskę w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi do roli wasala, klienta. Co więcej, cała polityka zagraniczna rządu Zjednoczonej Prawicy to konstrukcja oparta na jednym elemencie – na stosunkach z USA właśnie. Nie ma zatem praktycznej możliwości zablokowania udziału amerykańskich spółek w polskim rynku, o ile chce się utrzymać “przyjacielskie stosunki” z Donaldem Trumpem.  

Innym rozwiązaniem są bardziej zaostrzone przepisy antymonopolowe ułożone tak, by zmusić zagranicznych właścicieli do sprzedaży części swoich aktywów. Jak jednak zauważył Łukasz Warzecha we wspomnianym przeze mnie artykule, uderzyłyby one z równą siłą także w polskich posiadaczy medialnych, na przykład w Zygmunta Solorza, prezesa Polsatu. Koszt trafienia rykoszetem w polskich wpływowych właścicieli – bezpośredni konflikt z nimi i związane z tym koszta wizerunkowe – czynią jednak takie rozwiązanie zdecydowanie nieopłacalnym. 

W dyskusji nad repolonizacją nie sposób nie wspomnieć także o TVP. W mojej ocenie będzie to moment, w którym Telewizja Publiczna w obecnym jej kształcie po raz pierwszy “wyjdzie bokiem”, zaszkodzi PiSowi. Gdy obóz rządzący będzie próbował wpłynąć na rynek medialny, do powszechnej świadomości precyzyjnie trafi argument, że chodzi przede wszystkim o to, by każde medium było jak TVP. Będzie to główny przekaz opozycji w tej sprawie. PiS nie będzie mogło snuć wiarygodnych opowieści o tym, że będzie rzetelniej i lepiej, gdy media w Polsce będą we władaniu polskim. W końcu istnieje konkretny przykład medium funkcjonującego w myśl PiSu, które wszyscy znają, i na którego temat prawie wszyscy mają określoną opinię. Spowoduje to, że obecny charakter Telewizji Publicznej będzie głównym punktem odniesienia w debacie nad repolonizacją. Bez wątpienia zwiększy to opór społeczny wobec odgórnych zmian na rynku medialnym. Jak jednak pokazała historia rządów PiS, nie zawsze stanowi to dla nich istotną przeszkodę. 

Nie będzie Budapesztu w Warszawie w wymiarze medialnym. Prorządowe media na Węgrzech są de iure niezależne, przynależą do powiązanych z Orbanem oligarchów. W Polsce PiS tak majętnych ludzi za sobą nie ma, próbować będzie sięgnąć po rozwiązania prawne. Ale nawet one nie dadzą gwarancji osiągnięcia celu stawianego sobie przez rząd. Nie można zablokować dostępu do rynku kapitałowi z państw UE z powodów prawnych i z USA – z powodów politycznych, a są to główni właściciele zagraniczni w Polsce. W mojej ocenie ustawa repolonizacyjna zgodnie z zapowiedziami zostanie uchwalona, ale będą to niewielkie zmiany prawne, niezmieniające zasadniczej struktury polskiego rynku medialnego. Zostaną one jednak propagandowo i niezgodnie z rzeczywistością odtrąbione jako wielki sukces polskiego rządu. Pamiętać należy w tym wszystkim, że PiS-owi chodzi tylko o zabezpieczenie swoich interesów partyjnych, na teraz i na przyszłość. Nie ma w tym ani jednego wiarygodnego elementu autentycznej troski Prawa i Sprawiedliwości o polskich właścicieli medialnych – chodzi tylko o interes partii. Główne i największe medium w ich władaniu, TVP, po ewentualnych przegranych wyborach z racji swojej struktury własności zostanie przejęte przez kolejny rząd i PiS doskonale o tym wie. Zapobiegliwie będzie próbowało zapewnić sobie zatem zaplecze medialne na przyszłość. Bez jednak większej szansy na sukces. 

Leave a comment